Życie.

Podobnie jak właściwie wszystko na świecie, jako proces można widzieć także życie. Chodzi mi o życie rozumiane jako historia pojedynczego człowieka, będąca procesem złożonym z wielu pomniejszych procesów, z których większość, a może nawet wszystkie mają przede wszystkim funkcję adaptacyjną, pozwalając w świecie trwać i nawigować. Znowu, niektóre z czasem wygasają, inne trwają dłużej, łączą się ze sobą, albo funkcjonują raczej osobno, a wszystkie składają się na pewną mniej lub bardziej spójną narrację stanowiącą to, co nazyw się osobą. Przekonuje mnie, nawiasem mówiąc, rozumienie mitycznych i religijnych superbohaterów jako uosobienie zestawu procesów optymalnych i ich wyobrażonych, idealnych maksimów. Ale to inna historia. Innym nawiasem, w wielu momentach historii i miejscach na Ziemi pojawiały się głosy, że ta sumująca procesy narracja, jak i sama koncepcja osoby to tylko poręczne, choć na różne sposoby problematyczne złudzenia. Dziś pojawia się tu i ówdzie pojęcie symulacji, mogące znaczyć z grubsza to samo. Ale to jeszcze inna historia.


W każdym razie wygląda na to, że mniej więcej w połowie uśrednionej długości życia dla wielu następuje moment, w którym możliwe, a może nawet wskazane jest przyjrzenie się procesom składającym się na własną osobę i weryfikacja ich funkcjonalności oraz podjęcie decyzji o podtrzymaniu bądź próbie wygaszenia niektórych, przy rozważeniu zysków i strat wynikających z danej decyzji. Bilans ten nie jest prosty. Samo rozpoznanie funkcjonalności procesów może przedstawiać problem, nie mówiąc o wdrażaniu ewentualnych decyzji, a do tego trzeba uwzględnić koszty podtrzymywania lub wygaszania procesów stanowiących dobrą strategię adaptacyjną z jednego punktu widzenia, ale szkodliwą z innego. A właściwie, prawdę mówiąc, takich, które byłyby pozytywne niezależnie od punktu widzenia jest na tym etapie życia niewiele. Może z samej natury procesu wynika niedoskonałość jako czynnik napędzający i promujący poprawę. Jakikolwiek ruch odbywa się kosztem czegoś. Piekło jako nieskończoność i niebo jako wieczność a pomiędzy nimi procesy po trajektoriach w górę lub w dół, upadek w czas i tak dalej, ale to również inna historia.


Baczyński zabrzmiał. Tomasz (Konieczny) i Adam (Dudek) stworzyli właściwie audiowizualny monodram z elementem scenografii i ruchu scenicznego. Minimalistyczny i wyrafinowany. Nie potrafię do tych utworów nabrać dystansu, żeby choćby spróbować ocenić rezultat obiektywnie. Ale byłem poruszony. Śmierć zapowiedziana, śmierć wspomniana, śmierć tu i teraz. A do tego Kindertotenlieder Mahlera. Wśród artefaktów, zdjęć i opowieści o powstańcach (rzecz odbywała się w Muzeum Powstania Warszawskiego), co właściwie wszystko razem w odbiorze jest ponad siły, no ale może to jest dobre i adekwatne połączenie. (Całość wideo tutaj.)


Przede mną orkiestracja tych pieśni. Właściwie zgrabnie się to ułożyło, bo po prawykonaniu ciągle brzmią mi w głowie. Wiem chyba co chcę zrobić barwowo, pewnym wyzwaniem będzie za to metrorytmika, ale tak czy inaczej za chwilę do dzieła.


A w najbliższy wtorek, również w Warszawie (Studio Lutosławskiego S1) III Kwartet, po raz pierwszy z publicznością.