Świt.

Bogini Inanna po raz kolejny zeszła do Podziemi, zginęła a potem zmartwychwstała za sprawą najpierw swojego kochanka, a ostatecznie przyjaciółki, która tu w wywróconej do góry nogami wersji staje się Mesjaszem - Mesjaszką, ale nie boską, tylko w pełni ludzką, która poświęca się bez nadziei na własny powrót do życia. Po raz kolejny spotkałem się z bardzo różnymi reakcjami na ten tekst, od bardzo pozytywnych, przez niepewne i dociekające o co tu tak naprawdę chodzi, po bardzo negatywne. W jednej z opinii całość jest czystą grafomanią… Wszystko to chyba świadczy o tekście jak najlepiej. Na pewno piątkowy wieczór był dla mnie poruszający. Miałem wrażenie, jakby cała ta historia o bogach, półbogach, zalewających świat demonach i nieświadomych ludziach chcących tańczyć mimo nadciągającej zagłady była bardzo a propos całego ostatniego roku dzielącego pierwotnie planowaną datę pokazania opery w NOSPR od tej, w której się to w końcu udało. Ale jednak w stronę światła i nadziei, mimo nieuniknionych ofiar.


Według jednej z interpretacji mitu o Inannie, był on próbą wyjaśnienia zjawiska „Gwiazdy Porannej”. Czyli, jak dziś wiemy, planety Wenus, której trajektoria tak się układa, że często dobrze widać ją o poranku. Długo ulegałem przekonaniu, że to wyjaśnienie naukowe, spójne z obserwacją i hipotezą o materialnej naturze świata jest mądrzejsze i lepsze. Teraz nie mogę się oprzeć wrażeniu, że owszem daje ono rodzaj spokoju, ale nie wyjaśnia właściwie nic. Jedno i drugie to mitologia. Obie fascynujące.


W każdym razie, raczej chodzi tu świt niż zmierzch.


Pokora – czekam na tekst. Ale coś z muzyki, właściwie niemało, już mi się układa. Oprócz samej powieści czytam też ostatnie eseje Szczepana publikowane w Wyborczej. Świetne i bardzo w związku z Pokorą. Mocne i osobiste. A do tego nadal wspomniana wcześniej Ludowa historia Polski i jeszcze Całkiem zwyczajny kraj. Historia Polski bez martyrologii (Brian Porter-Szűcs). Ciekawe rzeczy; wznosząca fala posłuchu dla narracji prywatnych.