Kac.

Dziad mój, Jan, był człowiekiem skrytym. Skryty z charakteru, pozostawał skryty również de facto, w swoim garażu. Dłubał coś przy różnych machinach, trochę przy samochodzie, trochę przy motocyklu, wiecznie coś szlifował, trochę spawał, czasem schodził do kanału, pod samochód, czasem wymontowywał z samochodu cały silnik przy pomocy sufitowego dźwigu, który sobie zainstalował. Miał w tym garażu bardzo solidnie wyposażony warsztat, w którym poruszał się chyba bardzo kompetentnie, a na pewno chętnie i skrzętnie, ale nie mam pojęcia i prawdę mówiąc wątpię, czy jakiekolwiek Jana w tym warsztacie działania miały jakikolwiek głębszy cel. Zdaje mi się, że Jan raczej zabijał w tym warsztacie czas, oczekując, z pewnym rosnącym z wiekiem zniecierpliwieniem, na koniec. Umilając sobie ten czas wódką. Długo myślałem, że był człowiekiem zimnym, surowym i obojętnym, ale dziś myślę, że był człowiekiem pełnym bólu, którego źródeł nie znam i pewnie nie znał on sam, w każdym razie dla którego nie potrafił znaleźć ujścia ni wyrazu. Nigdy ich nie znalazłszy, w którymś momencie zmarł, bez żadnej wyraźnej przyczyny, ani jeszcze nie tak stary, ani schorowany. Na pewno był człowiekiem dość silnej, w niektórych sferach życia wręcz, jak to się mówi, żelaznej woli i podejrzewam, że śmierć nosząca wszelkie znamiona nagłej i naturalnej była u niego kwestią powziętego postanowienia.


Był Jan synem, wnukiem i prawnukiem. Jego ból i smutek bez ujścia i wyrazu były, musiały być echem jakichś wybrzmień w pokoleniach minionych, a teraz propagują dalej w ciągu kolejnych synów, wnuków i prawnuków.


Każdy jest synem (tak, albo córką), wnukiem i prawnukiem, co przyprawia mnie o niepohamowany skurcz serca.


Nie był to najlepszy z tygodni, za to pełny pouczających doświadczeń i obserwacji. Przy tym ostatni w moim 42 roku życia. Znacząco posiwiałem, co obserwuję nie bez pewnej satysfakcji. Męczy mnie trochę kac, ale jadę dalej.