Czas.

W mieszkaniu moich dziadków (Wandy i Jana) w Gliwicach, nad rzeką Kłodnicą (w latach ’80 i ’90 była w gruncie rzeczy smołą płynącą całkiem szerokim korytem) wisiał na ścianie mechaniczny zegar szafkowy – nakręcany, z wahadłem, perłową tarczą, wzorkiem kwiatowym na drewnianej szafce i tak dalej. Cicho tykał, a w odpowiednich porach bił – co pół godziny raz, a o godzinach pełnych liczbę razy adekwatną. Bił powoli, niezbyt głośno, głębokim dźwiękiem składającym się w akord o charakterze dzwonowym – temperowany nierównomiernie, jednocześnie durowy i mollowy, w gruncie rzeczy trochę jakby zwiększony. Mniej więcej taki:

posłuchaj


Brzmiał ekscytująco i melancholijnie zarazem, jakby zapowiadał wszystko co dopiero miało się wydarzyć, ale wyrażał już po tym głęboki żal. Słuchałem zegara z tym żalem zwłaszcza w nocy, próbując uchwycić moment, w którym ostatnie wybicie danej godziny się kończy. Nie kończyło się nigdy, wybrzmiewało długo, gasnąc bardzo powoli i wtapiając się, albo może przetapiając w różne inne dźwięki.


Zegar został sprzedany przez kogoś, komu nie mogłem długo wybaczyć, ale kto potem zmarł w dość dramatycznych i pożałowania godnych okolicznościach, więc urazy już nie trzymam. Niech spoczywa w pokoju.


Mijam ostatnio na ulicach osoby idące powoli i z trudem. Przed siebie, ale raczej donikąd. Starsze i nie tak znowu stare. Zrezygnowane i chyba zapominane. Zniszczone. Patrzą wymownie. Czasem pytają o coś, ale nie mam dobrych odpowiedzi.


Spojrzenie ciągle jeszcze nie całkiem gotowe. Waham się co do ilości perkusji. Tu i ówdzie przypierdolić należy.