Cienie.

Wiesław Myśliwski mówi w rozległej quasi autobiografii W środku jesteśmy Baśnią o swojej tożsamości. Mówi o chłopach i wsi. Głosem osobnym i osobistym. Mocnym i głębokim. Spokojnym, ale dla mnie, prawdę mówiąc wstrząsającym. Wzbudza we mnie ten głos intymny rezonans. Przypomina mi coś, o czym nie mogę pamiętać; tłumaczy mi coś.


Jestem chłopem. Zbitym wołem, koniem i kretem. Moje słońce krąży wokół płaskiej ziemi. Rzucając cienie, które biorę za strażników i przewodników. Śpiewałem o nich.


Znam paru, co rzucili powróz i poszli za horyzont. Zachwycili się, że ziemia nie płaska i nie słońce krąży. I że cienie to tylko cienie.


Sam też poszedłem i też chciałem się zachwycić. I się zachłysnąłem. Chciałem inaczej śpiewać, ale rozbolały mnie serce i płuca.


Więc ryję i ryję, ciągnę powróz i nucę i coś sobie przypominam. Nie bez ofiar.


Kóba rozmawia z wężem. Zaraz ruszy w ostatnią podróż, z paroma jeszcze przygodami po drodze. Prawie umrze, ale się odrodzi. Z mnóstwem ofiar.


Cykl Leśmiana zamyka się jednak rychlej niż mi się wydawało. Na pieśni piątej, najwyraźniej.


Wesołych Świąt. Pożal się Boże.