Dramma giocoso.

Zostałem wczoraj zapytany o to, czemu Pokora to dramma giocoso. Odpowiedziałem w sposób dla mnie samego niezadowalający, poza tym prawie nikt nie słuchał (ale słuchał Szczepan, wobec którego mam potrzebę wyrazić się pełniej i precyzyjniej), więc spróbuję jeszcze raz.


Jak można przeczytać tu i ówdzie, pojawienie się podgatunku operowego giocoso (co dosłownie oznacza „śmieszny”) wiązało się z pewnymi ważnymi przemianami – w ramach samego gatunku opery, ale też jej społecznej roli i recepcji. Uprawomocnienie kategorii śmieszności w ramach poważnego tematu ciekawie łączy się tu z dochodzeniem do głosu klas średnich. Odnoszę wrażenie, że ten osiemnastowieczny akt przemycenia komedii na teren opery poważnej to jakiś zalążek sztuki masowej, trochę początkowo niechętny ukłon w stronę pchającej się coraz liczniej do teatrów gawiedzi. Poszerzenie wspólnego mianownika. To po pierwsze.


Po drugie, kategoria śmieszności jest dla mnie bardzo istotna w kontekście Śląska – rozumienia tego miejsca i siebie w nim. Wyrastałem tu, na Śląsku, w rodzinie, którą można chyba uznać za część klasy średniej, z jakimiś tam ambicjami i pretensjami inteligenckimi. Moi rodzice w zasadzie zjechali tu z mniej lub bardziej odległych wsi w ramach okupionego niemałym wysiłkiem społecznego awansu, i w zasadzie stanowią pierwsze pokolenie ludzi wykształconych. (Piszę w zasadzie, bo w szczegółach to trochę bardziej skomplikowane, ale nie ma to tutaj specjalnego znaczenia). Przez większość mojego dzieciństwa mieszkaliśmy w dzielnicy robotniczej; chodziłem do osiedlowej szkoły podstawowej o bardzo zróżnicowanym rysie społecznym. Śląsk stanowił dla mnie jako dziecka tło najpierw właściwie przezroczyste, ale z wiekiem coraz bardziej zauważalne, funkcjonujące jako rodzaj pociesznego kolorytu. W obiegu były jak to się mówi nieszkodliwe żarty o babach i chopach, o tym jak śmiesznie brzmią normalne rzeczy powiedziane „gwarą” i tak dalej. W założeniu żadnej broń Boże pogardy, pełne poszanowanie godności wszystkich, ale jednak przecież ze świadomością, że niektórzy wokół są jakby trochę głupawi. Potrzebowałem długiego czasu, żeby dostrzec i odrzucić ten filtr śmieszności-głupawości, a w gruncie rzeczy głębokiej, niby ucywilizowanej, ale przez to chyba nawet gorszej, bo podstępnej i niepozornej właśnie jednak pogardy dla części świata i ludzi. Potrzebowałem doświadczenia wejścia w bardzo śląską rodzinę żony (stanowiącą sam w sobie fascynujący, wielopokoleniowy, usiany ofiarami poligon różnych perspektyw na Śląsk i własną śląskość), potrzebowałem różnych lektur, np. Dracha i Pokory, a ostatnio wspaniałej Kajś Zbigniewa Rokity, która była dla mnie objawieniem i chyba rodzajem wyzwolenia. Potrzebowałem ujrzeć opowieść Alojsa Pokory przez pryzmat pustego śmiechu Agnes; zobaczyć siebie w Alojsie i siebie w Agnes i się przy tym, wyznam, rozpłakać a przez łzy roześmiać.


No więc dlatego giocoso.


Dziś ostatni dzień Auksodrone i Drach. Pora nieprzyjazna, niemniej zapraszam. A w podobnym czasie, tylko 600 km dalej, w Monachium, po raz drugi Baczyński z Tomaszem Koniecznym, Lechem Napierałą i Adamem Dudkiem.