Horyzont.

Jestem na chwilę w Szkocji. W nie swoich sprawach, bez celów. Łażę i popatruję. Oraz trochę wspominam. Byłem tu już kiedyś. W zupełnie innym świecie, tuż przed i w trakcie różnych przełomów na różnych frontach, pod koniec sierpnia 2001. Też na chwilę i też raczej bez celu, chociaż z perspektywy czasu widzę głęboką celowość tamtej wycieczki. Przypłynąłem tu jachtem żaglowym, przeprawiając się przez Morze Północne z paroma innymi gówniarzami. W nieco żałosnym, ale właściwie niegroźnym poczuciu męstwa i glorii oraz jakiegoś wielkiego sprawstwa czy zasług wobec ludzkości, chociaż w gruncie rzeczy jedyne, co robiliśmy, to bawiliśmy się drogimi zabawkami za pieniądze rodziców. No ale w każdym razie wytrąciła mnie ta wycieczka z równowagi, pozwoliła zrozumieć fizycznie, fizjologicznie wręcz (mam trudności z innym rozumieniem), że wszystko się chwieje i obraca a wszelki pion to złudzenie. I że nie chodzi o to, żeby zachować pion, tylko żeby zachować wektor. Choć wicher wieje.


Holech el-darom, vesovev eltzafon; sovev sovev holech haruach, veal-sevivotav, shav haruach.


Dwadzieścia jeden lat temu wysiadłem na szkocki ląd na krótką chwilę, na chwiejnych nogach, będąc dalej niż kiedykolwiek wcześniej od domu. Za chwilę miał zacząć się nowy rozdział; miało zacząć się wydarzać nowe życie. Czułem je wyraźnie, tuż za horyzontem. No i się wydarza.


Zamyka się krąg, otwierają wrota, spełnia się życzenie.