Korekty.

Tydzień korekt.


Najpierw gdańskie nagranie Trzech wezwań. Wyszło bardzo ładnie. W tle dzwonów słychać dźwięki miasta, mewy i inne ptaki, sporadycznie samolot. Bardzo mi się podoba, uwag prawie nie miałem. Wyzbyłem się też wątpliwości, czy ma sens wydanie nagrania takiego utworu. Jest to specyficzna materia, może nie dla każdego i nie na każdą okazję, że tak powiem, ale wydaje mi się teraz, że rację bytu ma.


Potem partytura, a przede wszystkim legenda Maski. Z tym jak zawsze niemało pracy, którą lubię umiarkowanie. Niby legenda zawsze jest podobna, ale jednak mam wrażenie, że za każdym razem zaczynam ją od nowa i za każdym razem podobnym wyzwaniem staje się wyważenie precyzji ze zwięzłością uwag. Tu dodatkowo sporo do uwzględnienia w kwestii języka Lożban, a przede wszystkim jego wymowy. Nieoceniona pomoc w postaci korespondencji z Johnem Cowanem, specjalistą w temacie i autorem książki o historii i specyfice języka. W każdym razie wszystko gotowe i materiał już jest, albo zaraz będzie w rękach wykonawców. A tu jeszcze autokorekta. W ostatnim wpisie o Masce wspomniałem o Asi Freszel jako solistce, tymczasem będzie nią jednak Agata Zubel. Na współpracę z Agatą bardzo się cieszę (dotąd, mimo różnych planów, jakoś się mijaliśmy), a z Asią też spotkamy się niebawem, w tym również przy nowej rzeczy, o której więcej w kolejnych tygodniach…


Po Masce na chwilę powrót do Hevel. Znowu legenda, choć tu dość krótka. Do tego Anna Szostak zasugerowała kilka drobnych zmian, dla wygody śpiewu, ale też klarowności przekazu. Nie lubię zmian, unikam ich. Staram się ufać sam sobie. Ale tu Anna miała całkowitą rację. Tu i ówdzie napisałem za wysoko. W skali, ale w całym kontekście niewygodnie i ze szkodą dla wyrazu. Wbrew wyrazowi. Poprawiłem więc.


A na koniec wróciłem do szczególnego utworu, Intrady, która miała uświetnić inaugurację bieżącego roku akademickiego w mojej alma mater. Utwór pisałem w pierwszych dniach zeszłorocznego lockdownu. Podczas inauguracji kompozycja faktycznie została wykonana, ale nie do końca, mówiąc delikatnie, spełniła pokładane w niej oczekiwania (ani moje, ani innych). Uroczystość odbywała się w jednym z niewielu w trakcie ostatniego roku momentów, kiedy można było spotkać się faktycznie w sali koncertowej, z udziałem choćby niewielkiej publiczności. Tymczasem rzecz zabrzmiała, jakby stojący na scenie trębacze, waltorniści, puzoniści i tubista łączyli się zdalnie, przez telefon. Winę biorę na siebie. Napisałem za gęsto i za wysoko. Harmonicznie i kontrapunktycznie nieklarownie. W gruncie rzeczy owa bezładna kakofonia była bardzo adekwatna do szerszego kontekstu, ale teraz próbuję jeszcze raz. Czyszczę. Swoją drogą, pisanie utworu okolicznościowego, mającego być czymś w powszechnym odbiorze podniosłym i uroczystym, ale jednak jednocześnie jakoś własnym (tak rozumiem swoje zadanie), nie jest prostą sprawą. Rezultat próby drugiej, jeśli będzie taka wola włodarzy, w październiku.


Był to też tydzień drugiej dawki szczepionki: AstraZeneca. Trochę z duszą na ramieniu (trudno pozostać całkowicie obojętnym na masową histerię), ale póki co wszystko gra. Swoją drogą dziwi mnie opór rodaków przed tym specyfikiem, który wydaje się jak skrojony pod naszą domniemaną fantazję i „narodowy charakter”. Nazwa łącząca swojskość z wzniosłością plus element jazdy po bandzie dający okazję do pokazu brawury oraz hardości. Skąd nagle nieśmiałość i rozsądek w obliczu niebezpieczeństwa? Gdy narody drżą, my (znów) nadstawmy mężne ramię i miejmy już to całe zamieszanie za sobą. Taki postulat. A do tego dane anegdotyczne: moi rodzice mieli bliski kontakt z osobą zakażoną. Mama po pierwszej dawce Pfizera, tata Astry. Mama zdrowa jak ryba, ojciec owszem, po jakimś czasie od kontaktu odczuł dreszcze i osłabienie, które jednak minęły po kilku godzinach i nie wróciły. Tymczasem osoba zakażona spędziła dwa tygodnie w szpitalu ledwo dysząc.