Krople.

Można czasem odnieść wrażenie, ja w każdym razie czasem odnoszę, że to, do czego ma dostęp świadoma percepcja to zaledwie skrawek tego, co rzeczywiście się dzieje. Jakby się było na pokładzie jachtu, na środku morza, w trakcie ciągłego sztormu, kiedy wszystko wokół się chwieje, wyje i huczy, atakuje, zaskakuje i zagraża, aż w pewnym momencie wpada się w stan obojętności, dzięki której można trochę się uspokoić i zebrać myśli. Można zignorować albo może zbagatelizować większość z tego, co dociera do zmysłów i tego jak reaguje na ten natłok bodźców organizm. Nie ulec panice. Ale ta obojętność jest strategią, a obraz świata jaki rodzi jest złudzeniem. Sztorm za oknem trwa. Przy czym strategia jest na tyle skuteczna, że złudzenie stało się stanem podstawowym i nie tak łatwo się z niego otrząsnąć. Nie ma zresztą powodu, żeby się z tego złudzenia otrząsać całkowicie. Byle się nie gapić zbyt długo na szybę.


Kwartet smyczkowy nr 3 usłyszała (niezbyt liczna) żywa publiczność. Żeby wywołał szał, to chyba nie, ale zobaczymy, może jeszcze kiedyś zabrzmi. Przed koncertem nie zajrzałem do partytury ani nie byłem na próbie i słuchałem utworu trochę jakbym go słuchał po raz pierwszy. Dziwne doświadczenie. Raczej pozytywne. Royal Quartet jest świetny.


A za tydzień „Maska” na Warszawskiej Jesieni. Bardzo jestem ciekawy zmiany kontekstu z wiedeńskiego na warszawski.


Na orkiestrację Baczyńskiego jednak nie znalazłem na razie w sobie siły. Ale mam trochę czasu. Za chwilę.


Dwadzieścia lat (i jeden dzień) temu, między godziną 14 a 15 czasu polskiego grałem jeden z pierwszych i chyba ostatni w życiu solowy recital gitarowy. Nie pamiętam gdzie ani właściwie dlaczego – w jakiejś gliwickiej mini galerii sztuki, czy kawiarnio-galerii, jako jakiś „odprysk” niedawnego dyplomu kończącego edukację w gliwickiej szkole muzycznej. Dla publiczności bardzo nielicznej. Tuż po i jeszcze pod wielkim wrażeniem swojego pierwszego morskiego rejsu, z Norwegii do Szkocji i z powrotem. Zebrawszy bardzo wątłe oklaski, z ulgą idąc do domu, na ekranie telewizora w jakiejś witrynie sklepowej zobaczyłem dymiący budynek i informację na pasku: „tragiczny wypadek lotniczy na Manhattanie”.