Księżyc.

Ktoś znający się na fizyce powiedział mi kiedyś, że księżyc permanentnie spada na ziemię i że kiedy to zrozumiem, to lepiej pojmę naturę grawitacji. Myślałem o tym długo, zrozumieć nie potrafiąc. Miałem przeczucie sensu tego pozornego paradoksu, wielokrotnie wydawało mi się, że już go chwytam, ale jednak mi się wymykał i zostawałem z przykrym rozczarowaniem swoją głupotą. Ale w końcu doznałem wytęsknionego olśnienia. Wyobrażenie satelity krążącego wokół planety i poczucie własnego ciężaru połączyły mi się w głowie w spójną całość; wizja ruchu okrężnego przekształciła się w wizję ruchu opadającego o takiej akurat krzywiźnie, że trajektoria upadku satelity jest dokładnie równoległa do powierzchni planety. Grawitacja nie tyle przyciąga, ile zmienia – zakrzywia ruch. Ruch księżyca wokół ziemi jest zakrzywiony w taki specyficzny sposób, że stanowi kółko. Więc jeśli uznać, że pozostaje w mocy potoczne sformułowanie o powodowanym przez grawitację upadku, to księżyc permanentnie upada na ziemię, tylko nim zdąży upaść, to jest z drugiej strony.


Ktoś inny tłumaczył mi dlaczego księżyc wydaje się tym większy im jest niżej nad horyzontem dowodząc, że jest to wynikiem złudzenia większej odległości horyzontu od zenitu. Czyli, że wydaje nam się, iż niebo nad ziemią nie jest kulistą sferą, tylko wydłużoną kopułą a to co nad głową zdaje się bliższe niż na horyzoncie, więc umysł musi poprawiać ten błąd percepcji wytwarzając wrażenie zmiennego rozmiaru obiektów. To pojąłem w lot, ale potem czytałem gdzieś, że ta hipoteza nie jest uznana powszechnie za słuszną.


Jeszcze ktoś inny wyjaśniał mi mechanizm morskich pływów rysując obrazki ziemi, oceanu, księżyca i słońca, ale tej układanki pojąć, póki co nie potrafię. Rozumiem, że nie tyle przyciąganie, ile znowu wpływ (nomen omen) na ruch, różna inercja skalistej kuli i „wodnego płaszcza”, nie tylko krążenie księżyca wokół ziemi, ale też ziemi i księżyca wokół słońca, oraz oceanu wokół ziemi, jak również samej ziemi obrót wokół własnej osi. Ale w całość mi się to nie układa. Poddaję się.


Przyśnił mi się byk. Nienaturalnie duży i jakby wydłużony. Masywny, silny i agresywny. Byłem na otwartym terenie a byk mnie bez ustanku atakował. Nie bałem się specjalnie, ale byłem coraz bardziej zmęczony koniecznością obserwowania byka i ucieczki przed nim. Byk też się męczył, ale wyglądało na to, że sił ma jeszcze spory zapas. Nie byłem zły na niego, ani on na mnie. Byliśmy po prostu, mimowolnie, w takiej a nie innej, uciążliwej i potencjalnie katastrofalnej relacji. Działo się to nocą, przy jasnym świetle księżyca.