Półmrok.

Pamiętam kilka historii opowiadanych w rodzinnej wsi mojego Ojca. Zwłaszcza jeden ich gatunek. Miały charakter wyzwania, sprawdzianu dla słuchającego, czy wytrwa do końca nie błagając z przerażenia o przerwanie opowiadania, a przede wszystkim czy poradzi sobie z przekazaną w opowieści wiedzą, z pamięcią o opowiadanym zdarzeniu i jego znaczeniem dla późniejszych doświadczeń i sytuacji, jakoś do opowieści analogicznych. Można by je nazwać opowieściami grozy, ale tak określona kategoria ma się nijak do przeżycia jakie stanowiło wysłuchanie i przyswojenie takiej historii. Nie była to rozrywka. Było to coś, czego wolałoby się było nie usłyszeć. Była to czysta zgroza; cień padający na wszystkie świadome myśli i sny na długie dni i tygodnie. Były to w gruncie rzeczy małe dramaty z niekonieczną, ale wskazaną scenografią (kuchenną, przypiecową) oraz skąpym oświetleniem pogłębiającym kontrast ledwo iluminowanego wnętrza z bezdenną ciemnością na zewnątrz, tuż za oknem. Były to w gruncie rzeczy małe rytuały ujawniające (choć nie oswajające) inną prawdę. Wyprowadzające z beztroski, wprowadzające w mrok. Opowiadająca prowadziła w ten mrok za rękę. Balansowała na granicy wytrzymałości słuchacza, zatrzymując się na chwilę w razie potrzeby, pozwalając spojrzeć za siebie, żeby upewnić się, że świat znany jeszcze istnieje. Mogła też zawrócić i sprawić, żeby znów było jak dawniej, ale było jasne, że dla słuchacza nie mogącego przejść całej drogi to wielki wstyd. Miała absolutną, mądrą i wrażliwą, przerażającą władzę.


Kóba w brzuchu Króla Węży, nad morzem w jego trzewiach. Domaga się serca. Nie tak rozmawia się z Królem, ale dobra dziewczyna przyjdzie mu z pomocą. Poruszy się pustka po lewej stronie.


Zanim wrócę do Leśmiana, Kóba musi wrócić na powierzchnię. Leśmianowi jest ten powrót Kóby do żywych potrzebny.