Połowa.

Część pierwsza, tym razem stanowiąca mniej więcej połowę, zamknięta. Więc może na miejscu będzie krótkie podsumowanie. Jak już chyba wspominałem, pomysł na Pokorę pojawił się, kiedy Szczepan ponad rok temu przysłał tekst świeżo ukończonej powieści. Wtedy powstawała Syrena, więc nie wgłębiłem się zanadto w lekturę, ale odniosłem silne wrażenie, że muszę do tego wrócić. Po to, żeby uważnie przeczytać, ale być może również po to, żeby podjąć temat szerzej.

Więc wróciłem. Przeczytałem, pomyślałem, zweryfikowałem i potwierdziłem swoje przekonanie, że (poza tym, że świetna rzecz) to może być część trzecia, zwieńczenie trylogii dramatów z tekstami Szczepana. „Trylogiczność” nie będzie oczywista, ale będzie. Raczej nie będę jej tu wyjaśniał. Nie będę też jej wyjaśniał do końca sam sobie, niemniej czuję ją wyraźnie. Bohaterowie się zmieniają, Josef nie jest Alojsem, ani (od)wiecznym chłopcem-zdobywcą, Agnes nie jest Karoline ani (od)wieczną kochanką-matką, ani też Syrena nie jest Drachem czy nieupostaciowioną siłą przejawiającą się w różnych relacjach dominacji i podległości. Ale jednak właśnie wszystko i wszyscy – to samo. On, ona, ono; Ty – to ja.


Libretto Pokory, tak jak w przypadku Syreny i Dracha jest trzyczęściowe, ale dwie pierwsze części dla mnie stanowią w zasadzie jedność - skończoną właśnie połowę. Najpierw Agnes opowiada o tym, jak widzi Alojsa, a potem vice versa. A w drugiej połowie będą ze sobą rozmawiać. Ich relacja nie jest pięknym romansem, chociaż są sobie bliscy. Potrzebują się nawzajem, w pewnym sensie (w różnych sensach) nie mogą bez siebie żyć, ale happy endu nie należy się spodziewać.


Dwoistość kontra troistość – to jest tutaj ważny wątek. A może nawet jest to ważny wątek w całej trylogii. Nawiasem, zestawienie metrum dwu i trzydzielnego to jedna z dających się wykazać cech charakterystycznych śląskich pieśniczek. W każdym razie dwu-trój-dzielność w Pokorze stanowi punkt wyjścia dla wielu materiałowych i formalnych decyzji: świadomych, i mam wrażenie, podświadomych. Całość zaczyna rodzaj tańca na akordeonie. Nie jest to żadna stylizacja, chociaż może tak brzmieć. Struktura tego „preludium” jest ścisła: harmonicznie opiera się na cytacie z pewnego ważnego, stuletniego dzieła, tematycznie bardzo a propos. Czterodźwiękowy cytat podany jest w formie zasadniczej oraz w symetrycznym odwróceniu. Najpierw jako skrawki melodii, a potem jako akordowy akompaniament dla innej melodii, której proweniencji nie wyjawię na razie (a może nigdy). Akordeonowy wstęp przeradza się w duet obojga solistów (sopran i baryton) nadal w towarzystwie akordeonu, a potem kolejno w solo Agnes oraz Alojsa, już razem ze smyczkami. Agnes jest w swej alkowie, Alojs w okopach. Muzycznie te fragmenty solowe są już inne niż wstęp. Różnią się też między sobą. Oba rozwijają i doprowadzają do kilku kulminacji pewne motywy.


Szczepan pokazuje (jak zawsze właściwie) rewers świata. Ponury, ciemny i straszliwy. Ale rewers musi mieć awers. Choćby w domyśle. Mnie coś każe się go domyślać i sugerować. Choćby miał być w zasadzie, w praktyce, niedostępny. Prawdę mówiąc nie mogę się oprzeć wrażeniu, że rewers równa się awers i nie jest to zła wiadomość. Modernizm, postmodernizm i do przodu.


No dobrze, a teraz połowa druga.