Poranek.

Pierwszy dzień w przedszkolu był dla mnie, jak dla wielu, koszmarem. Poranek był chłodny i ponury, mama ciągnęła mnie siłą za rękę gliwicką ulicą Zwycięstwa do starej kamienicy przy ulicy Barlickiego, bardzo niedaleko miejsca, w którym Josef wchodził przez okno do Karoline, by ją onaczyć a w końcu udusić. Ja, wrzeszcząc, stawiałem opór, bez skutku. Zaciągnięty na pierwsze piętro i pozostawiony w szatni pod opieką jakiejś pani, skupiłem się na tym, żeby przestać płakać. Zauważyłem szybko, że intensywna interocepcja jest tu bardzo pomocna. Obserwowałem swoją fizjologię, w szczególności oddech, od zewnętrza się odcinając i jakoś pierwszy okres absolutnego przerażenia i nagłego wykorzenienia, podszytych głębokim żalem i poczuciem zdrady — przetrwałem. Potem było lepiej, nawet całkiem dobrze. Polubiłem przedszkole, a zwłaszcza poranki, w których strefa czasu między wstaniem z łóżka a faktycznym obudzeniem się była o wiele bardziej rozległa i rozmyta, niż kiedykolwiek później. Nierzadko śniło mi się przedszkole i potem, kiedy już siedziałem nad śniadaniem wśród niemrawego hałasu, który dawało się regulować przykładając dłonie do uszu i naprzemiennie je uchylając/domykając, nie miałem pewności, czy to się faktycznie dzieje. Czasem się nie działo.


Jakiś czas wcześniej, o czym dowiedziałem się dużo później, w tych samych wnętrzach tej samej kamienicy miały miejsce dramatyczne wydarzenia. Morderstwo siekierą, w największym skrócie. Ojco- i matkobójstwo. Rzecz raczej bez związku z niczym, choć wątek ten potem kilka razy, w zaskakujące sposoby powracał. Zresztą związki między wydarzeniami to niejasna sprawa.


Zawiązałem w przedszkolu kilka przyjaźni, pamiętam zwłaszcza jedną, z kolegą nazwiskiem Topór. Zadurzyłem się też po raz pierwszy, w szesnastoletniej córce jednej z pań przedszkolanek. Nie ujawniłem tego afektu, nie mając takiej potrzeby; czując raczej, że może to dopiero początek większej przygody i nie ma co się wyrychlać.


Alojs i Agnes rozmawiają, zawieszeni w próżni. Zwroty emocjonalne tej rozmowy są subtelne. Praca idzie mi teraz wolniej, jest bardziej detalistyczna, ale postępuje. Mam wrażenie operowania drobnym dłutem w nie zanadto twardym, ale jednak kamieniu. Albo może wspinaczki średnio gładką skałą. Trzeba uważać, ale widzę drogę w górę i gdzieś tam szczyt.


Wiedeńska premiera Maski się odbyła. Publiczność przyszła, zespół zagrał świetnie, Agata zaśpiewała pięknie i przejmująco. W każdym razie ja byłem na nowo przejęty losem dziewczyny-maszyny. W odbiorze słuchaczy i przynajmniej części wykonawców wyczułem, może mylnie, element uprzejmej rezerwy. Nie wiem, czy ten utwór najlepiej sprawdza się jako po prostu punkt w programie tradycyjnego koncertu, w ciągu kilku utworów. Może nie… Zanosi się na przynajmniej dwa kolejne wykonania w najbliższym czasie, również w innej obsadzie, więc zobaczymy, jak sobie poradzi.