Przewody.

Kiedy miałem lat może czternaście, tata zabrał mnie ze sobą na jedną z dorywczych robót, jakich podejmował się od czasu do czasu poza pracą codzienną w przekształconym nieco wcześniej z państwowego w prywatne przedsiębiorstwie zajmującym się wdrażaniem systemów mierząco-ważących (potem jeszcze dozująco-pakujących). Przedsiębiorstwo owo, nawiasem, z biegiem czasu zmieniało adres, zajmując trochę przestrzeni w kolejnych budynkach, z których co najmniej jednego już nie ma. Wracając do pracy dorywczej, do której raz zabrał mnie ze sobą tata, zadanie miało polegać na zainstalowaniu i uruchomieniu niewielkiego urządzenia elektronicznego w studzience jakiegoś kanału, w miejscu, które było albo ujęciem wody albo oczyszczalnią ścieków. Wydawałoby się, że różnica powinna była być wyraźna i łatwa do zapamiętania, a jednak nie potrafię sobie przypomnieć. Teren ujęcia czy oczyszczalni był bezludny; był bardzo wczesny, sobotni lub niedzielny poranek. Mój udział polegał na asystowaniu – realizowaniu poleceń przyniesienia, podania lub odebrania i odłożenia czegoś. Wiertarki, młotka, wkrętu, śrubokrętu i tak dalej. Mam wrażenie, że tata pozwolił mi też wywiercić jeden otwór w betonie emitującą trudne do zniesienia, przeraźliwe wycie wiertarką udarową. Czy otwór wierciłem sam, czy tylko się przyglądałem, do dziś, kiedy trzymam w ręku wiertarkę (nie nadto często), mam przed oczami studzienkę kanału bladym świtem. Nie pamiętam wielu szczegółów przebiegu tego dnia, ale pamiętam dobrze satysfakcję z obserwowania wyłaniającego się stopniowo schludnego i funkcjonalnego efektu naszych działań. Nie wiedziałem jak działa i co robi instalowane urządzenie, ani po co są i dokąd prowadzą wchodzące doń i wychodzące zeń przewody, ale wydawało mi się to wszystko bardzo proste i ładne.


Kiedy byłem całkiem mały, znajdowałem inny rodzaj satysfakcji w patrzeniu na głowy ludzi od tyłu. Wzbierały we mnie wtedy wzruszenie i głębokie współczucie, chwilami na granicy rozpaczy, od której to granicy dało się jednak dość łatwo odwrócić i odejść. Miałem wrażenie zrozumienia i jakiegoś rodzaju intymnej wiedzy o tych osobach, na których tył głowy patrzyłem, przy zachowaniu pełnej anonimowości. Nie zauważyłem, żeby osoby te wiedziały, że ktoś patrzy. Życzyłem im wszystkim jak najlepiej.


Alojs i Agnes nadal rozmawiają. Praca idzie z wolna i nie bez trudu. Chwilami pojawia się pokusa odpuszczenia sobie paru detali i przejścia do końca, który jest niedaleki i którego kształt już znam z grubsza. Ale pokusie opieram się i brnę dalej często wracając do tego, co już napisane. Jestem trochę zmęczony.