Skała.

Na początku była ciemność i zimne płomienie, i huk przeciągły.

bu'u lo incipe pu manku je lenku fagri gi'e zukyde'a lidvru lo

Zawiesiłem się na tej frazie i chwilowo nie widzę drogi do przodu. Czy też w górę, gdyby tym razem użyć metafory wspinaczki. Byłaby ona nie całkiem bez związku, w jednym z kulminacyjnych momentów „Maski”, pogoń modliszki odbywa się w skalistych górach, ze szczegółowym opisem wspinaczki. Swoją drogą jednym z pierwszych tekstów Lema, jakie czytałem, było krótkie opowiadanie o dwójce wspinaczy wytyczających nowe drogi w górach na jakiejś odległej planecie. Nie pamiętam tytułu, ani zbioru, ale pamiętam, że zrobiło na mnie duże wrażenie. Eksploracja zwielokrotniona: dziewicze góry, nieznany teren, plus obca planeta z nieziemskimi warunkami pogodowymi itd.


Jeszcze inne skojarzenie: Alex Honnold i jego niedawny, że tak powiem „kosmiczny” wyczyn – samotne wejście bez asekuracji na El Capitan w Parku Yosemite, pokazane w niezłym dokumencie Free Solo. Znowu, jak w przypadku Michaela Jordana, poświęcenie siebie - swojego ciała i całego życia (zarówno w sensie podporządkowania się pewnej długoterminowej strategii, jak i dosłownie, śmiertelnego ryzyka) idei przekroczenia granic wyznaczonych przez psychikę, fizjologię i grawitację. Widok samotnego Honnolda uczepionego skrawka skały nad tysiącmetrową przepaścią jest dla mnie poruszający zasadniczo na dwa sposoby. Z jednej strony jest to ucieleśnienie jakiejś ultra-optymalizacji tego co mamy dane w ziemskim życiu. Skupione w jednej chwili i miejscu chęć życia, widmo śmierci i konieczność nieustannego balansowania pomiędzy. A z drugiej strony jest to też obraz desperackiego poszukiwania transcendencji może nie tam, gdzie ona jest.


I jeszcze jedno, po tej linii, jeden z reżyserów Free Solo, Jimmy Chin, jest też bohaterem innego filmu dokumentującego górskie wyzwania, Meru. Chin zdobywa tam szczyt, po bardzo długim okresie przygotowań, prób i czekania na odpowiednią pogodę. Na szczyt się niemal wczołguje. Centymetr po centymetrze, obwieszony sprzętem, ledwo żyw z wycieńczenia. Kurczowo obejmując zwężającą się ku szczytowi skałę. Dopingowany przez asekurującego go, jeszcze bardziej zmęczonego kolegę. Tak się składa, że Meru to święta góra w wielu wierzeniach – buddyjskich, dżainistycznych i hinduistycznych. Zwłaszcza chyba Tybetańskich. Symbol centrum Wszechświata, najwyższy punkt, miejsce pra-początku itp. (Ściśle, Peak Meru nie jest konkretną górą czczoną przez kogokolwiek, zbieżność nazw jest chyba przypadkowa, ale mniejsza z tym, nazwa jest znacząca). Nie mogę się oprzeć wrażeniu głębokiego dysonansu między symboliką Meru a tym aktem wdrapania się na kupę głazów. Znowu przypomina mi się George Crumb i jego awersja do wypraw na księżyc.


W takim razie jeszcze jedno skojarzenie, z Tybetem. Dzongsar Jamyang Khyentse, ciekawy przypadek faktycznego tzw. „lamy” będącego jednocześnie filmowym reżyserem. Był, zdaje się, asystentem Bertolucciego przy filmie Mały Budda i sam nabrał filmowych ambicji. Ma na koncie kilka filmów ukazujących życie dzisiejszego Tybetu i Bhutanu, z pewną nostalgią i mądrościami tamtejszych tradycji w tle. Ostatnia produkcja, Hema Hema: Sing Me a Song While I Wait wychodzi nieco poza ten program. Opowiada o jakimś rodzaju tajnego stowarzyszenia organizującego co kilka lat dziwne spotkania. Na kilka dni w lesie zbiera się grupa osób. Wszyscy są anonimowi – w dziwacznych maskach. Spotkanie ma jakąś strukturę, trzeba realizować jakieś zadania, odbywają się spotkania, rodzaj wykładów, każdy dzień kończy przedstawienie o śmierci i stanach pośrednich między kolejnymi wcieleniami. Ale przede wszystkim, między uczestnikami dochodzi do różnych mini-dramatów. Romanse, kradzieże, bijatyki, intrygi. Maska dająca anonimowość niby zmienia dynamikę międzyludzkich interakcji, ale szybko okazuje się, że właściwie nic nie zmienia. Niby wyzwala z tożsamości, ale natychmiast wytwarza też tożsamość nową. Zakorzenioną w dotychczasowej, z nowymi wątkami. Nie ma ucieczki od samonapędzającej się dynamiki tożsamości. Maska jest zewnętrzną powłoką – interfejsem. A co jest pod spodem?

No więc tkwię na skale, niewiele ponad ziemią, ale nie mogąc się już wycofać. Muszę ruszyć dalej z miejsca, w którym jestem. Mam rodzaj tematu, dla wspomnianego kanonu:

POSŁUCHAJ


Można by się tu doszukać pewnej liczbowej symboliki. Sam nie jestem jej pewny, więc nie wyjaśnię. Ta „postępująca szesnastka” ostatecznie przeradzająca się w całe szesnastkowe grupy coś chyba znaczy.


Tak mogłoby wyglądać przypisanie tego „tematu” do pierwszego wersu tekstu w śpiewie:


Czy skorzystam – nie jestem pewny…

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Pogoń.

Właściwie ostatnia prosta. Chociaż niekrótka. „Dni przechodzą w tygodnie, tygodnie w miesiące”. Machina-Modliszka biegnie w szale, który z czasem przybiera charakter bardziej transu niż wściekłości. S

Grawitacja.

A więc ostatni wpis w tym roku. Północna granica, chłodno, wieje wicher. Niby okresy czasu wyznaczane przez okrążenia przeciętnej planety wokół przeciętnej gwiazdy na obrzeżach przeciętnej galaktyki,