Wyspy.

Baczyński odsuwa się nieco w czasie, okazuje się, że wersja z orkiestrą będzie potrzebna później, niż zakładałem. Nie odłożę tego na bardzo długo, ale na chwilę jeszcze tak. Tymczasem, z powodów około-akademickich, zabrałem się za rodzaj podsumowania ostatnich piętnastu lat. Zajęcie nieco nudne, ale może pożyteczne. Wydaje mi się, że to, co piszę układa się w cykle. Kilka utworów instrumentalnych, najczęściej pokrewnych formie sonaty, koncertu albo rodzaju poematu prowadzi w końcu do formy dramaturgicznej, jakoś cykl sumującej. Sonata „June-December”, „Fiddler’s Green”, „Last Days of Wanda B.” a na koniec Sudden Rain”. „Król kosmosu”, „Ciemnowłosa dziewczyna”, „Koncert na gitarę”, „Dziennik zapełniony w połowie” i na koniec „Space Opera”. „NANINANA”, „Sonata w trzech nastrojach”, „Niebo w Niedabylu” i na koniec „ahat ilī”. Ale tu już gatunkowo wszystko się zaczyna rozmywać i łączyć. „Drach”, „Syrena”, „Pokora” i „Maska” to są zarówno dramaty, jak i rodzaje form koncertujących. Mianownikiem wspólnym dla tego wszystkiego, widzę to coraz wyraźniej, od samego początku jest śpiew. Wprost, z użyciem głosu albo pośrednio, z wykorzystaniem figur ze śpiewem w domyśle.


Śpiew mnie głęboko wzrusza. Na różne sposoby; czasem w związku z tekstem, czasem zupełnie bez. Między innymi jako (kiedyś już o tym wspominałem tutaj, mam wrażenie) zaangażowanie podstawowej życiowej funkcji (oddechu), przy użyciu najintymniej odczutej, widocznej dla świata części ciała, będącej w jakimś sensie centrum tożsamości (twarzy) w artystyczną ekspresję. Nie podoba mi się tu słowo „artystyczna”, ale nie mam chwilowo lepszego. Chodzi o to, że wysublimowana, niecodzienna, w jakimś (najlepszym) sensie sztuczna. Nikomu niepotrzebna właściwie. No więc śpiew jest sednem. Również szerzej, bardziej ogólnie. Nawet, prawdę mówiąc, wyświechtane, nadęte frazesy w rodzaju „Kosmos śpiewa” aż tak znowu bardzo mnie nie rażą.


„Maska” zabrzmiała w Warszawie. Mam wrażenie, że pewniej i dojrzalej niż w Wiedniu. Swobodniej. Trochę się tylko nie mieszcząc w sali (kameralna Filharmonii Narodowej) i w programie koncertu. A za tydzień jeszcze raz, w Krakowie, tym razem w zupełnie innym wykonaniu – z Asią Freszel i Spółdzielnią Muzyczną.


Słuchałem chwilę warszawskojesiennego radia, ale przełączyłem na Young Leosię i się nie rozczarowałem.