Wzlot.

Nie przyśnił mi się, ale nagle wyraziście wyobraził samolot, którym wzlatywałem coraz wyżej. Trajektoria lotu była stroma, wznosiłem się szybko widząc znane z dorobku wizualnej kultury wieku postindustrialnego obrazki: zakrzywiający się coraz bardziej horyzont, rozmywające kształty na ziemi, ciemniejące niebo i coraz wyraźniej widoczna górna granica atmosfery. W końcu poczułem nieważkość. Miłe doznanie ustąpiło natychmiast przerażającemu wrażeniu nieodwracalnej utraty kontaktu ze stałym podłożem. Samolot nie był wyposażony odpowiednio, by móc nim wrócić. Śmigło, czy odrzutowy silnik, czy co tam było (w sumie na jedno wychodzi) nie miały już czego zagarniać i przyspieszać. Unosiłem się bezwładnie, kategorie góry i dołu straciły znaczenie, byłem wolny i martwy.


Tymczasem wycieczka w jeszcze inną stronę: Lublin. Długo miałem zupełnie fałszywe wyobrażenie o tym mieście. Właściwie po prostu brak pojęcia. Teraz, dopiero co wróciwszy z Poznania, a może też po roku prawie nie ruszania się z miejsca mając wzmożone zmysły mam wrażenie, że te dwa miejsca są jak w lustrzanym odbiciu. Nie na zasadzie przeciwieństwa, tylko różnych, nieoczywistych analogii. Na przykład, że obydwa są podobnie zaskakująco duże i wyraziste w odmiennych kolorytach; jeśli Poznań ma w sobie coś z zachodu, to Lublin z wschodu. Ludzie wyglądają i poruszają się minimalnie inaczej, całkiem znacząco inaczej brzmi ich mowa.


W tym tygodniu spotkałem około-rzeszowską część swojej rodziny. Zawsze, kiedy ich widzę, kuzynki i kuzynów, ich rodziców i ich dzieci, dopada mnie wzruszenie i rodzaj tęsknoty – dziwnej, bo nie odczuwanej, kiedy kogoś nie ma, tylko kiedy właśnie, nagle, po przerwie, jest. Widząc ich mam wrażenie, że jestem nie tam, gdzie powinienem, ale że tego mnie, który powinien być gdzie indziej też już właściwie nie ma.


Alojs nadal tkwi w okopach. Tkwi w błocie. Jeszcze może się poruszać, ale zapada się coraz głębiej. Praca mi trochę zwolniła, nie wiem dokąd zaprowadzą kolejne frazy; ich zwroty mnie zaskakują, przez dłuższe chwile nie mogę rozpoznać ich sensu, ale w końcu układają się w całość. Sunę w jakimś dość wyraźnie dającym się przeczuć kierunku. Dokładając kolejne dźwięki chwilami go nie czuję, ale kiedy odwrócę wzrok, to zaraz już tak. Minuta piętnasta.


Los, idymy.