TEMAT II
Bezwartościowe jest również następujące wnioskowanie: „Prawdą jest, że siedzisz w wieczności, ponieważ siedzisz w czasie; podobnie – z tego samego powodu – będzie prawdą, że nie siedzisz w wieczności; zatem obydwa te stany: «siedzisz» i «nie siedzisz» występują równocześnie w tej samej chwili”
Robert Kildwarby, O czasie
Posługując się transformacją Lorentza, możemy wyrazić szczególną zasadę względności w następujący sposób: prawa przyrody są niezmienne ze względu na transformację Lorentza (tzn. postać praw fizycznych nie zmienia się przy przejściu do nowego układu inercjalnego, gdy dokonujemy tego za pomocą transformacji Lorentza).
Albert Einstein, Szczególna teoria względności
Konieczność i pochwała przeciwieństw. Miara jako miejsce spotkania sprzeczności. Słońce i mrok.
Albert Camus, Notatniki, Zeszyt VIII
Różnie nazywano ten las. Różnie pojmowano jego naturę. Traktowano go jako sedno, wręcz definicję istnienia, a kiedy indziej negowano istnienie jego samego. Raz twierdzono, że jest absolutnym fundamentem, a kiedy indziej, że jego korzenie sięgają czegoś znacznie głębszego i ważniejszego. Spierano się, czy ścieżki przezeń wiodące są proste i biegną tylko w jedną stronę, czy jednak zakrzywione, a może okrężne, czy też może wszystkie są ostatecznie wyłącznie pozorem. Próbowano ustalić, czy las ten rośnie, czy pozostaje niezmienny, usiłowano wyznaczyć jego krańce i wyobrazić sobie jak wygląda z zewnątrz oraz czy pojęcia krańca bądź zewnątrz mają jakikolwiek sens. Mierzono go na wiele sposobów, wszerz i wzwyż, liczono w nim drzewa i słoje w pniach i grubość kory i gęstość listowia, i tak dalej. Jedni dowodzili, że las istnieje niezależnie od tych operacji, a inni przeciwnie, że pojawia się dopiero właśnie w akcie pomiarów i wyliczeń. I nigdy nie ustalono nic pewnego.
I ja również nic pewnego nie ustalę, ani nic nowego w tę dyskusję nie wniosę. Ale coś powiedzieć mogę, nawet muszę, jeśli mam pójść dalej. Mogę / muszę zdać sprawę ze swoich wrażeń oraz przywołać to, co mi te wrażenia jakoś tłumaczy. Ten las to czas.
Wrażenia i wierzenia
Przede wszystkim mam wrażenie, że nie od rzeczy jest pojęcie „teraz”, oraz że wszystkie „teraz” są elementami zbioru zorganizowanego według jakiejś zasady czy zestawu zasad. Zasady te nie są jasne, choć mogą się takimi wydawać na pierwszy rzut oka. Trudno nie ulec silnym przekonaniom o pewnych sprawach, na przykład, że organizacja jest kierunkowa, a kierunkiem czy kierunkami rządzi jakaś forma dynamiki tworząca jakąś hierarchię; że działają tu siły, które oparte są na możliwości podobieństwa, różnicy oraz zmiany. Że zachodzą powtórzenia, ale nieuniknione są modyfikacje. Więc, że między różnymi „teraz” istnieją analogie – są niektóre „teraz” ze sobą powiązane; wydaje się, że wiele z tych powiązań, choć chyba nie wszystkie i w sposób daleki od oczywistego wykazuje jakąś formę przyczynowości. A może przede wszystkim, że niektóre „teraz” noszą ślady innych „teraz”, jedne wyraźniejsze inne zatarte, ale dające się odczytać i potrafiące wzbudzić silne pragnienia – by coś z jednego „teraz” zachować a z innego odzyskać.
Ale mam też nieodparte wrażenie, że żadne „teraz” nie jest całkiem rzeczywiste. Jeśli można odróżnić rzeczywistość (czyli to, co istnieje) od świata (czyli tego, co się jawi), to „teraz” jest chyba częścią świata, a nie rzeczywistości. Nie jest fikcją, tylko raczej poręcznym narzędziem – być może adekwatnym dla dostępu do czegoś rzeczywistego – pozwalającym się wobec tego czegoś zorientować, ale tylko pozornie będąc tego czegoś definiującą cechą. Zdaje mi się, że „teraz” jest konceptem, a może kompleksem (splotem nawykowych tendencji) pozwalającym coś rzeczywistego uchwycić i iluzorycznie utrwalić. Jest jądrem kondensacji pozwalającym czemuś rzeczywistemu, ale nieuformowanemu i nieukierunkowanemu skroplić się i przybrać pozornie konkretny kształt, jak chmura. Wspomniana wcześniej dynamika–kierunkowość wiążąca ze sobą różne „teraz” jest dla czasu tym, czym dla chmury gradient temperatury – warunkiem formowania i wyznacznikiem struktury. A chmura ta nie tyle jest w świecie, ile sama jest światem, na jakimś rzeczywistym niebie, a ja nie tyle na nią patrzę, ile jestem jej skrawkiem.
I mam jeszcze wrażenie, że nie bez powodu łączy się często „teraz” z „tu”. Wierzę tym, którzy widzą nierozerwalny związek między pojęciami czasu i przestrzeni. Wierzę, że tłumaczenie czasu ruchem – czy to traktując czas jako miarę ruchu, czy twierdząc, że czas sam tym ruchem jest, ma głęboki sens. A nawet wierzę tym, którzy twierdzą, że czas jest w jakiś sposób aktem – czynnym działaniem. A nawet jeszcze więcej, wierzę też tym, choć z pewnym dystansem, którzy widzą związek między czasem, działaniem i uwagą – możliwością i sposobami postrzegania, choć niekoniecznie jeszcze świadomością (z którą w ogóle nie bardzo wiadomo jak jest – jakaś podejrzana i śliska sprawa). Że postrzeganie jest w jakiś sposób warunkiem i punktem wyjścia, a jego podstawą w jakiś sposób jest czas. Choć z próbą wskazania kto miałby być tego postrzegania podmiotem a co przedmiotem byłbym bardzo ostrożny. Może to ja w czasie postrzegam świat. A może to świat postrzega sam siebie, czas jest tego echem a ja odpryskiem.
Jednocześnie ufam tym, choć nie bezgranicznie, którzy nie chcą zbyt łatwo rezygnować z precyzyjnych pomiarów i wyliczeń, a w tym, co one ujawniają dopatrują się najgłębszych odpowiedzi. Wierzę w rygor i przyjmuję zastrzeżenia co do braku możliwości wyjaśnienia czegokolwiek samą swobodną myślą. Ale wierzę też, że cokolwiek da się pomyśleć, istnieje – choć niekoniecznie w świecie, to koniecznie w rzeczywistości. I że myśl, której podszewką z definicji jest znaczenie, trafia lepiej lub gorzej celu. A jeśli nawet chybia, to przecież również celu. Więc na przykład pojęcie jednoczesności, nawet jeśli w świetle wyliczeń straciło sens – okazało się nie być częścią świata, tylko w tym świecie złudzeniem, to jednak, podobnie jak „teraz”, nie jest całkiem od rzeczy. Na coś wskazuje. A tym bardziej wskazuje na coś wstrząs jakiego doznać można dowiadując się – widząc niezbicie w spójnym wyliczeniu, że jednoczesność jest w świecie czystą złudą.
Wierzę jeszcze tym, którzy ujmują czas w kategoriach konfliktu – nieusuwalnego napięcia między jakimiś sprzecznościami, generującego ruch. Wierzę, że świat, a może i rzeczywistość układają się warstwowo, że każda z warstw ma właściwie sobie napięcia, a czas jest ruchem – między biegunami napięcia oraz poprzez te warstwy – spiralnym, w konsekwentnym kierunku przez jakąś tych warstw hierarchię, oraz, że ten ruch i ta hierarchia w jakiś sposób stanowią to, czym i jak jest świat oraz czym i jak jestem ja.
Ufam wreszcie tym, choć z liczbą zastrzeżeń i zakresem wątpliwości największymi, którzy dowodzą wymiaru etycznego czasu. Rozumiem, że nie ma mowy o byciu bez mowy o czasie, że najistotniejszym pytaniem o wszelkie bycie jest pytaniem o sens, a jakakolwiek na to pytanie odpowiedź, pozytywna, negatywna, zamknięta lub otwarta, koniecznie orientuje się jakoś wobec wartości, a w szczególności wobec pojęcia dobra. Przy czym ma dobro wiele wspólnego z „teraz”, jak również z „tu”, z wszystkimi wspomnianymi wcześniej zastrzeżeniami i wątpliwościami co do ich natury, realności, sposobu bycia w świecie i tak dalej. I z jeszcze jednym, najważniejszym zastrzeżeniem: dobro nie jest tu pisane wielką literą. Nie ma sugerować jakiegoś wszechogarniającego, błogiego porządku. Nie jest jak lew – nieustraszony, samostanowiący król i prawodawca, tylko raczej jak świnka morska – mały, kruchy, nieco bezkształtny i nieufny gryzoń zawsze gotowy czmychnąć w cień i zamrzeć bez ruchu. Nie jak samoistny, niegasnący, będący źródłem życia żar gwiazdy, tylko raczej jak chybotliwy płomyk świeczki, która pozostawiona sama sobie prędko zgaśnie – zdmuchnięta albo wypaliwszy swoją ulotną istotę. Jest być może jak dźwięk syreny mgłowej, często ledwie słyszalny wśród wichru, a usłyszany dodający sił i otuchy, zdający się obiecywać ratunek i spokój, świadczący o czyjejś trosce i zapobiegliwości; przywołujący jak postać, którą niemal można dostrzec w mroku i rozpoznać, jak matkę, która jednak nie woła dziecka, żeby je schronić w swoich ramionach i ukoić, tylko ostrzega je przed czymś straszliwym, co trzeba ominąć.
Mówiono kiedyś o trzech obliczach czasu: Kronos – czas linearny, obiektywny i bezwzględny, dający się mierzyć; Kairos – czas jednorazowy, momentalny, dający możliwość zdarzenia oraz Aion – czas wieczny, niezmienny i niezmierzony. Gdyby rzeczywistość była ciemnym i bezkresnym morzem, to świat byłby falą na jego powierzchni, ja łódką z żagielkiem, Kronos wiatrem, Kairos wyspą, a Aion horyzontem.
Niektóre z map, do których zaglądałem
Martin Heidegger, Bycie i czas
Douglas R. Hofstadter, Gödel, Escher, Bach
Richard Feynman, Wykłady o fizyce
Alfred N. Whitehead, Proces i rzeczywistość; Nauka i świat współczesny
Albert Einstein, Teoria względności i inne eseje
Arystoteles, Fizyka
Julian Barbour, Nowa teoria czasu
Lee Smollin, Time Reborn
Ks. Paweł Floreński, Sens idealizmu
Henryk Paprocki, Czas
Julius Fraser, Of Time, Passion and Knowledge