Plan
Musiałem zmienić plan. Nie lubię zmieniać planu. Plan i deadline to moi najlepsi przyjaciele. Moi drudzy rodzice. Punkty triangulacyjne. Kompas, azymut, północ i tak dalej. Zmiana planu to grzech i zdrada, niedotrzymanie terminu to słabość i upadek. Przywiązuję się do planu jak do masztu, żeby w czasie burzy nie mieć wyjścia, żeby mimo głupich wątpliwości, mimo strachu i bólu przez burzę przejść i zawinąć do portu na czas, albo pójść na dno.
No ale musiałem zmienić plan, czasem tak bywa. Sorrowful Songs na razie odkładam. Wchodzę, już wszedłem, w dwie inne rzeczy, które wypełnią mi rok 2026.
Po pierwsze kolejny dramat z librettem Pawła Sołtysa. Tym razem już całkowicie według jego pomysłu, na wybranych motywach jego najnowszej książki, która niedługo się ukaże. Będzie o dzwonach i o duchach.
A po drugie, coś, co powoli nabiera kształtu i rozpędu już prawie od dziesięciu lat. Dojrzewa we mnie. Opera na podstawie „Księgi dziwnych nowych rzeczy” Michela Fabera. Kolejna kosmiczna wyprawa. Tym razem dużo dalsza niż na Marsa.
Na horyzoncie, a właściwie jeszcze trochę za horyzontem jest też rzecz trzecia, w materii dla mnie nowej, ale ekscytującej. Prę ku niej po omacku, ale z determinacją.
Doniesienia o postępach nie będą regularne. Ale będą.