TEMAT IV
Rozdwojenie na duszę i ciało jest jakby wbudowane w naszą myśl, i wierzyć w opowieści o duchach jest nam tak łatwo, jak łatwo było naszym przodkom sprzed tysięcy lat.
[…]
Ależ ten prąd przeze mnie biegł naprawdę i naprawdę ja, skurczony, zgarbiony, dalej jestem tym samym instrumentem, jak to możliwe?
[…]
Wyższe-niższe. Nie można chyba niczego dokonać bez przekonania o swojej wyższości. A tę uzyskuje się patrząc na osiągnięcia innych jak przez odwróconą lunetę. I później trudno oswobodzić się od poczucia wyrządzonej krzywdy.
Czesław Miłosz, Piesek przydrożny
Nadzwierzę. – Bestia w nas chce być okłamywana; moralność jest kłamstwem z potrzeby, żebyśmy nie byli przez ową bestię rozdarci. Gdyby nie błędy kryjące się w założeniach moralności, człowiek pozostałby zwierzęciem. Tak jednak zaczął się uważać za coś wyższego i przepisał sobie surowsze prawa. Stąd jego nienawiść do stopni pozostałych bliżej zwierzęcości: tym też wyjaśnić należy dawniejszą pogardę wobec niewolnika jako nieczłowieka, jako rzeczy.
Friedrich Nietzsche, Ludzkie, arcyludzkie
Istnieje przynajmniej jedna rzeczywistość, którą wszyscy ujmujemy z wewnątrz, przez intuicję, a nie z pomocą analizy tylko. Jest nią nasza własna osobowość w swym przepływie poprzez czas. Jest nią nasze „ja”, które trwa. Możemy nie współczuć intelektualnie z żadną inną rzeczą. Z pewnością, jednak współczujemy sami z sobą.
Henri Bergson, Wstęp do metafizyki
Żyć sobą znaczy: być sobie zadaniem. Nie mów nigdy, że jest rozkoszą żyć sobą. Nie będzie to radość, lecz długie cierpienie, albowiem musisz stać się własnym stwórcą. Jeśli chcesz stworzyć siebie, to nie zaczynaj od najlepszego i najwyższego, lecz od najgorszego i najgłębszego. Dlatego powiadam ci, że żyć sobą budzi w tobie wstręt. – Zbieg strumieni życia nie jest radością, lecz bólem, gdyż jest to gwałt, który się gwałtem odciska, winy, które niszczą to co uświęcone.
Karl Gustav Jung, Czerwona księga
Brzuch ziemi wypełnił się istotami. Wszędzie były niedokończone istoty, które jak gady łaziły jedne po drugich. Był tam taki tłok, że deptały po sobie, pluły na siebie i robiły rozmaite nieprzystojne rzeczy, wskutek czego słychać było coraz głośniejsze narzekanie i lament. W końcu wielu z nich udało się uciec z tego ciemnego miejsca. Stały się mądrzejsze i bardziej ludzkie. (Zuni, Stany Zjednoczone)
Mineke Schipper, Na początku nie było nikogo
Kwestią szczególnie dla mnie istotną, którą chciałbym rozpatrywać w kontekście modernizmu jest coś, co można określić mianem transgresji humanizmu. Nieuchronne jest odchodzenie od traktowania tej jednak przygodnej i lokalnej formy homeostazy oraz percepcji, jaką jest antropocentryzm, jako miary wszechrzeczy. To był potrzebny rozdział i przyniósł parę słodkich owoców, ale się wyczerpał i pora go zamknąć. Miło było czuć się ulubionym dzieckiem mamusi i tatusia, widzieć siebie jako obraz stworzony na ich podobieństwo, ale iluzji tej nie da się dłużej utrzymać. Zresztą, w pewnym sensie, być może to nie jest iluzja, ale poprzestać na tym to już za mało. Powiedzieć, że jestem człowiekiem i że znam wszystko co ludzkie już nie wystarcza. Trudno uznać nawet bez zastrzeżeń, że jestem, nie mówiąc o całej reszcie.
Najpierw nie mam początku ani końca; nie ma nic więcej. Nie mam kształtu, nie mam wagi, nie mam pamięci. Ja to wszystko i wszystko to ja. Ale wiedząc to jednocześnie również zaczynam to pamiętać i wtedy się rozpoczynam. Zaczynam się dziać. Z wielkim pędem oddalam się od czegoś, w coś się osadzam. Nie czuję jeszcze dobrze swojego kształtu, nie mam jasnych granic, ale mam środek – centrum, w które się zapadam. Im dłużej to trwa, tym szybciej oddalam się od początku i tym trudniej mi zapamiętać wszystko, co się zdarza. A im więcej ulatuje, im więcej muszę puścić w niepamięć, tym konkretniejszy się staję w swojej ograniczonej, coraz wyraźniejszej formie. Im mniej we mnie wszystkiego, co jest – im więcej zostaje tego, co poza mną, niż we mnie, tym bardziej zdaje mi się, że jestem sobą. Na peryferiach pamięci zostaje mi tylko wrażenie tej pierwotnej całości i niepodzielności. Nawet nie tyle pamięć o tym, ile dalekie, ledwie słyszalne echo.
Staję się więc sobą. Nie zostaję i nigdy nie jestem, tylko staję się – ciągle i bez końca. Ciągłość tego procesu, jego kierunek, tempo i domniemany cel stanowią to, co nazywam swoją tożsamością. I jest to paradoks. Tożsamość w procesie to oksymoron, bo tożsamość jest sprzeczna z nieustanną zmianą. Nic tu nie jest tożsame, tylko co najwyżej podobne. Ciągle staję się podobny sam sobie. Ale nie jestem. Nic tu w ogóle nie jest – nie ma tu niczego. Postrzeganie, sprawiające wrażenie dostępu do trwałych rzeczy to poręczne złudzenie, sprzężone z innym wrażeniem i poręcznym złudzeniem, że wśród tych trwałych rzeczy się poruszam i że poruszam nimi. Że działam w tym nieistniejącym świecie. Tak się sprawy mają i można by tu postawić kropkę i nic już więcej nigdy nie powiedzieć, co kusi, ale jednak pójdę dalej.
Pójdę dalej, bo na tym poprzestawać jest wielką arogancją. Pseudo-wglądem pseudo-mędrca, co dojrzał coś przez wąską szczelinę, jakieś światełka i jakieś cienie i sądzi, że coś z tego pojął i jest w tym wyjątkowy. Nadal żre i sra oraz gnije i umiera ze strachu, ale udaje sam przed sobą, że namacalna, dziejąca się i boląca rzeczywistość go nie dotyczy, bo ją przejrzał. No więc nie udaję. Czy raczej usiłuję – marzyłoby mi się nie udawać niczego, a już na pewno nie wiedzy, na którą sobie nie zasłużyłem. Nie mogę też powiedzieć, że nie wiem nic. To również wybieg i ucieczka. Wiem to i owo. Nie przywiązuję się zanadto do sposobów, w jakie jestem w stanie to wyrazić, godzę się z tym, że wszelka prawda wycieka przez te sposoby jak woda przez dziury w wiadrze. Ale to i owo wiem. Przede wszystkim wiem to, że wiem, co każe mi widzieć pewne sprawy w pewne sposoby, co do których nie mogę mieć żadnej pewności, że są słuszne, ale niektóre z tych spraw muszę przyjmować tak, jak gdyby były prawdziwe, pilnując, żeby nie zapomnieć, że są prawdziwe jak gdyby.
Jak gdyby:
wiem, że staję się jako ciało. Budzę się jako ciało, jestem uwarunkowany i zależny – jako ciało. Mam cielesny ciężar, stawiam opór, ulegam dynamice. Coś sobą przetwarzam, wrę właściwie ciągle z czegoś czerpiąc i coś oddając z powrotem. Wiem, że jako ciało mam granice, mam kształt i strukturę o pewnych symetriach i proporcjach. Wiem, że wszystkie one są podyktowane cechami środowiska, w jakim moje ciało funkcjonuje i stanowi ogniwo w łańcuchu wielkiej liczby ciał powiązanych ze sobą mniej lub bardziej bezpośrednio, które wszystkie pochodzą z jednego, dawnego źródła. Pamiętam i planuję jako ciało. Czuję, jakbym był w swoim ciele czymś spoza niego, jakbym miał je do dyspozycji, rezydował w nim i nim dysponował. Czuję, jak gdybym miał je kiedyś porzucić i do czegoś wrócić.
Ale wiem też, że słowa, myśli i uczucia są w ogromnej, przeważającej mierze puste, jak atomy. Że ich konkretna, namacalna, umiejscowiona natura to złudzenie. Że łączą się w opowieści, jak atomy w obiekty, i że są one pozorami, choć nie na tyle, żeby nie można było rozbić sobie o nie głowy. Wiem, że granice i kształty mojego ciała, choć bezwzględnie warunkują to, czym i jak jestem, są płynne – podobnie jak granice i kształty atomów i zbudowanych z nich obiektów, jakkolwiek niewiele to zmienia w moim ogólnym położeniu.
Wiem, że moje (jak gdyby moje) ciało oraz jego środowisko są szczególne i nie wolno mi pójść zbyt daleko we wnioskowaniu na ich podstawie o ogóle rzeczy, nawet w ramach tych kategorii i systematyk, w ramach których można mówić o ciałach i środowiskach. Ale wiem też, że tak, jak komórka zbudowana jest z atomów, ciało z komórek a środowisko z atomów, komórek i ciał, tak wszystko zbudowane jest ze środowisk i żadne z nich nie może być tak różne od pozostałych, żeby nie pasować jakoś do całości.
Tak, wiem, że jestem człowiekiem. I nic nie jest mi obce.
Niektóre z map, do których zaglądałem:
Giorgio Agamben, The Open: Man and Animal
Maurice Merleau-Ponty, Phenomenology of Perception
Mads Rosendahl Thomsen, Jacob Wamberg (ed.), The Bloomsbury Handbook of Posthumanism
Stefan Lorenz Sorgner, On Transhumanism
Jakob Johann von Uexküll, A Foray into the Worlds of Animals and Humans