Odbicia
Coś wyłania się z ciemności. Właściwie od początku. Właściwie mam wrażenie, że jestem na tropie, na polowaniu, i że to jest moje zadanie i mój sens. Poluję na coś, co mi umyka, ale zawsze pozostaje w pobliżu – w moim zasięgu. Jest ode mnie szybsze i sprytniejsze. Potrafi się dobrze kamuflować, dobrze zna moje słabości i wie, jak ich użyć. Ale wie też, że mogę – że stać mnie na to, żeby je dopaść. I tego właśnie chce – żebym dopadł. Tego mi życzy i w tym w gruncie rzeczy mi pomaga, dla mojego i dla własnego dobra. Bo w jakiś sposób jest częścią mnie. Jest moim lustrzanym odbiciem. Jego wola i wolność są odbiciem mojej wolności i mojej woli. Albo raczej to ja jestem odbiciem. No przecież. To ja jestem niepełny i to ja jestem na polowaniu. To ja jestem w świecie cieni i odwrotnych kątów i to ja błądzę w półmroku albo staję oślepiony przez światło, musząc odwracać wzrok. Zabawa w kotka i myszkę, gdzie kot tylko śni o swojej potędze. Gna go chęć dopadnięcia i rozerwania myszy na strzępy. Ale kiedy dopada, nie ma czego rozszarpywać, bo gonił własny ogon. Kot – własny ogon – co za wstyd i upokorzenie. C.S. Lewis odrobinę się pomylił. To nie lew jest wszechmocnym i wszechwiedzącym królem, tylko mysz. Nornica, ryjówka, świnka morska.
O czym ja tu mówię? O wszystkim. O absolutnie, bez wyjątku wszystkim, co się jawi mojemu lichemu, przytępawemu umysłowi, poprzez ograniczone na niezliczone sposoby ciało. Nic z tego nie rozumiem, kiedy się zatrzymuję i zrozumieć próbuję. Ale czuję, ledwo-ledwo, że zrozumieć mogę, kiedy zdaję się na instynkt, chwytam strzępy tropu i za nim podążam. Kiedy ruszam biegiem, chociaż jestem wycieńczony i wolałbym usiąść, położyć się, użalić i poudawać sam przed sobą, że to dla wytchnienia i lepszego oglądu spraw. Że wszystko rozsądzę i rozważę i podejmę właściwe decyzje i dopiero potem wstanę i ruszę pełnym godności i umiarkowania krokiem ku wyraźnym celom przy powszechnym podziwie. Otóż nic z tego. Leżąc zgniję.
Mówię o rzeczach konkretnych i namacalnych. O tym co faktycznie robię, choć prawie nie mam pojęcia, dlaczego ani po co. Prawie, bo właśnie coś z ciemności się wyłania. Zdarza się, że coś sobie przypominam i poraża mnie tego ledwo uchwytne, ale niewątpliwe znaczenie i słuszność. Bywa, że na mgnienie oka widzę nawet więcej – znaczenie, słuszność i porządek szerszej układanki i moje w niej miejsce. Czasem zdaje mi się, że już teraz wiem co i jak robić. Jak żyć, jak pisać. To złudzenia, ale nie do końca. To powidoki, albo przedwidoki. Odwracam się za nimi, bo co innego miałbym robić? Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Z tego co i jak piszę wyłania mi się czasem szerszy porządek. Pozwalam sobie czasem na myślenie, że go wynajduję. Badam go, próbując ponazywać jego elementy i ustanowić kanwę dla przyszłych działań. Próbuję ułatwić sobie przyszłe decyzje. Ekscytuje mnie to. Oraz budzi nieufność, ale jednak coraz bardziej pociąga. Nierzadko też zwodzi na manowce, ale trochę już przecież ogorzałem i pewne pułapki widzę z daleka. Prawda?
Co teraz? Otrzymałem zamówienie, w pewnym sensie idealne. Od konkretnej osoby nie reprezentującej żadnej instytucji ani żadnej programowej czy ideowej linii, tylko widzącej wartość we wspieraniu powstawania nowych dzieł i dysponującej zasobami pozwalającymi na realizację takiej filantropii. Wyznającej ponadto pełną artystyczną autonomię i pilnującej niezależności twórcy od jakichkolwiek niepożądanych presji czy wpływów. W bliskim mi duchu oceanicznej żeglugi, nieskrępowanej niczym poza bezkresnym żywiołem. Mam wyekwipowany jacht, mam swój bagaż doświadczeń i kompetencji, mam port docelowy. Znów wyruszam z portu.