Wspomniałem latem o małym okolicznościowym utworze i zapowiedziałem, że napiszę o nim więcej bliżej okoliczności. Nadszedł ten moment. Okolicznością są 75 urodziny Aleksandra Lasonia a utwór to trzyminutowa „Rapsodyjka” na trio fortepianowe. Kompozycja nawiązuje do popularnej piosenki, w której jest mowa o czyjejś symfonii a podmiot liryczny wyraża pragnienie bycia tej symfonii częścią. Podoba mi się ta piosenka i podoba mi się ta figura. A to, co zamierzam teraz powiedzieć będzie krótkim wspomnieniem, nie tyle po prostu o Aleksandrze Lasoniu, bo ten ma się dobrze, a nawet, sądząc z oznak zewnętrznych wręcz coraz lepiej i tego mu serdecznie życzę, ile o tym jak go widziałem i co dla mnie znaczył w trakcie moich ukończonych 20 lat temu studiów.

 

Studia te rozpoczynałem z wielkim zapałem i przekonaniem, że właśnie zasiadam w jednym rzędzie z Beethovenem. Ulicę Wojewódzką łączącą katowicki dworzec PKP z Akademią w kilku pierwszych dniach października 2001 przemierzyłem oczekując entuzjastycznych pozdrowień od przechodniów nie mogących uwierzy, że widzą mnie na żywo. Byłem naiwny, ale nie na tyle głupi, żeby szybko nie dostrzec właściwszych proporcji. Przy czym rewidując perspektywę mocno przesadziłem w drugą stronę (do czego mam naturalną skłonność) i w listopadzie ulicą Wojewódzką wlokłem się w poczuciu kompletnej beznadziei i bezcelowości dalszego studiowania wobec ogromu braków w kompetencjach i predyspozycjach, jakie u siebie dostrzegałem. O ile przed studiami potrafiłem od rana do wieczora zapisywać całe płachty papieru nutowego wierząc, że tworzę historię, o tyle w trakcie studiów z trudem przychodziło mi zapisanie jednej kartki i mijały całe semestry, kiedy nie pisałem właściwie nic, myśląc, że przecież najpierw powinienem chyba poznać harmonię, albo choć trochę historii, nie wspominając o kontrapunkcie czy mnóstwie praktycznych ekwilibrystyk w rodzaju czytania partytur. Bez żadnej przesady mogę stwierdzić, że jedynym czynnikiem, który spowodował, że te studia ukończyłem była postawa Aleksandra Lasonia. 

 

Jego metoda nauczania była dla mnie wówczas zupełnie niezrozumiała. Polegała w skrócie na tym, że wszystkie najdrobniejsze przejawy twórczej aktywności przyjmował z wielkim entuzjazmem i komentował jak niebywałe osiągnięcia, pochylając się nad każdym ich szczegółem, a wszelkie zgłaszane wątpliwości, źródła niepewności i kompleksów zbywał uśmiechem mówiącym, że to nie ma żadnego znaczenia i nie o to w tym wszystkim chodzi. Wiele razy myślałem, że żartuje sobie ze mnie. Nierzadko na zajęcia wchodziłem gotowy na wieść, że teraz tu już rzeczywiście musimy się pożegnać. Do końca nie byłem w stanie w pełni uwierzyć, że myśli to, co mówi, ale jednak szedłem za nim i za tym niewiarygodnym, lecz kojącym przekonaniem, że może wierzy choć trochę. Mądrość tej metody i całej postawy zrozumiałem dużo później. Właściwie dopiero niedawno pojąłem, że wszelkie prawdy objawione w rodzaju „co kompozytor wiedzieć powinien” albo, że w muzyce chodzić musi o emocję, albo o sam dźwięk, albo o melodię to bzdury, a próba zbudowania „rzetelnych podstaw” zanim zacznie się poważna twórczość to próba usypania góry z kamieni, zamiast pójścia w góry i zdobycia paru szczytów. Stawianie żagli w porcie.

 

Wątpię, czy potrafiłbym być dla kogokolwiek tym, kim był dla mnie Aleksander Lasoń. Tym bardziej jestem mu wdzięczny.