Raz, dwa! Raz, dwa! Rąb klingo zła,

Żarłacka, opak zbrodom!

Na śmierć go w ziem! I zrąbł, i z łbem

Pogalopysznił do dom.

Lewis Carroll, Jabberwocky 

Żabrołaki (tłum. Robert Stiller)

 

Zarysowując linię dzielącą prawdę i znaczenie, poznanie i myślenie oraz podkreślając ważność tego rozróżnienia, nie chcę tym samym negować, że istnieją pewne związki pomiędzy myślowym poszukiwaniem znaczenia i poznawczym poszukiwaniem prawdy. Stawiając nierozstrzygalne pytanie o znaczenie, ludzie konstytuują się jako istoty pytające.

Hannah Arendt, Myślenie

 

Przyroda jest związana rozumnością swego prawa, które jest w nią wcielone.

Leonardo da Vinci, Rękopisy

 

A teraz krótko o ogromnym, być może największym nieporozumieniu, jakim jest wiara, że możliwe jest porozumienie. Złudne to przekonanie jest pochodną innego złudzenia – że nadrzędnym celem istnienia, najwyższą jego wartością i warunkiem koniecznym jego sensu jest zrozumienie. Zaś źródłem tych iluzji jest wielowiekowy, złożony (do tego stopnia, że w pewnej mierze chaotyczny) system sprzężeń i współzależności fizyczno-biologiczno-psychicznych (a może i innych o naturze jeszcze słabo rozpoznanej) mechanizmów warunkujących trwanie życia, realizujących się (w uproszczeniu) w napięciu między przyjemnością (tym, co sprzyja trwaniu i czego się pożąda) a bólem (tym, co trwaniu zagraża i czego się unika), oraz poprzez dynamikę rozpoznawania i odróżniania jednego od drugiego, stwarzającą nieodparte wrażenie istnienia w świecie dającej się pojmować oraz za sobą podążać koherencji. Mówiąc inaczej, życie uwarunkowane jest operowaniem przeciwstawnymi kategoriami-drogowskazami, a proces ich rozpoznania manifestuje się jako wrażenie rozumienia, które z kolei, jako funkcjonalna, bezpośrednio odczuwana „nakładka” na bazową rzeczywistość, projektowane jest zwrotnie na świat, który w konsekwencji (błędnie) wydaje się czymś zrozumiałym, albo przynajmniej dającym się rozumieć. Odnosi się to zwłaszcza do innych podmiotów, z którymi współistnienie dla trwania życia jest szczególnie istotne.

 

No więc nie: ani zrozumienie, ani tym bardziej porozumienie, choć wydają się tak fundamentalnie istotne, nie są możliwe. Można próbować rozmywać granice, twierdzić, że nie są możliwe w pełni, albo że nie zawsze, ale niewiele z tego płynie pożytku, lepiej ten balon przekłuć. Natomiast owo złudne przekonanie, poza tym, że przydatne w kontekście przetrwania, zaowocowało powstaniem szeregu cennych technologii mających na celu podbudowę rozumienia i porozumienia. Jakkolwiek mijają się one z celem, to czynią istnienie nieco bardziej znośnym, stanowiąc miłą rozrywkę (choć czasem też wyradzają się w śmiercionośne narzędzia). Technologie te są kluczowe dla wszystkiego, co mam zamiar powiedzieć dalej i właściwie powodem, dla którego zdecydowałem się spróbować powiedzieć tu cokolwiek.

 

Pierwszą i nadrzędną wśród tych technologii jest język. Na jego gruncie rozgrywa się wszelkie (pozorne) zrozumienie i porozumienie, jak i wszelkie (faktyczne) nieporozumienie. Niekoniecznie poprzez coś, co da się wypowiedzieć – język nie ogranicza się do mowy, tylko raczej stanowi strukturę, czy nawet możliwość struktury dla wszystkiego, co da się pomyśleć (w tym również poczuć). Jest modelem świata i matrycą dla istnienia. Nic poza językiem nie istnieje. Nie istnieje nic, czego nie da się w języku schwycić i wyrazić. Świat to język, krótko mówiąc.

 

Natomiast narzędziem, które w języku interesuje mnie najbardziej jest właśnie to, co da się wypowiedzieć, a także usłyszeć, czyli słowo. Podstawą uniwersalną dla istnienia słów jest język, a podstawą partykularną artykulacja możliwa w określonym środowisku, przy użyciu wykształconych w tym środowisku aparatów. Na przykład w ziemskiej atmosferze przez właściwe jej organizmy. Przyjęło się myśleć, że słowa znaczą. Ale sprawa jest bardziej skomplikowana. Słowa nie tyle znaczą, ile ucieleśniają. Są konkretną formą – dynamicznym, przestrzenno-czasowym kształtem, jaki przybrać musi ciało, żeby je z siebie wydać. A na zasadzie rezonansu i mechanizmu współodczuwania oraz tendencji organizmów do wzajemnego naśladowania się, również żeby je przyswoić – poprzez częściowo wyobrażone przybranie określonej formy przez ciało słyszącego.

 

To, co słowa ucieleśniają, domniemane znaczenia, jakie ze sobą niosą są o wiele bardziej płynne i nietrwałe, niż chciałoby się przyznać. Są to raczej szczątki znaczeń. Echa indywidualnych i nie podlegających nigdy pełnemu transferowi odczuć. Tak jak nie ma dwóch identycznych ciał, ani identycznych form, które ciała mogłyby przybrać, tak nie ma niczego nawet zbliżonego do jednoznaczności. Aby uzmysłowić to sobie w pełni, warto podjąć znany eksperyment z wielokrotnym powtarzaniem dobrze znanego sobie słowa, aż wytraci wszelkie nawykowo przypisywane mu znaczenie i ukaże pustkę jaka za nim się rozpościera. Albo eksperyment mniej znany, ale równie pouczający – wymyślenie sobie własnego, nieistniejącego słowa i również powtarzanie go w nieskończoność, aż stanie się intymnie bliskie, ale równie puste.

 

Niektóre z map, do których zaglądałem:

Kenneth Burke, Language as Symbolic Action

Ernst Casirer, The Philosophy of Symbolic Forms

Guy Dove, Abstract Concepts & the Embodied Mind

Saul A. Kripke, Naming and Necessity

George Steiner, After Babel

Ludwig Wittgenstein, Traktat logiczno-filozoficzny

Benjamin Lee Whorf, Język, myśl i rzeczywistość