TEMAT VI
Zanim powstało morze, ziemia i niebo , które wszystko okrywa, jedno oblicze miała Natura – wielka bezkształtna bryła – Chaos. Nic – tylko ciężar bezwładny, a w nim, w samej głębi – sprzeczne, nie powiązane ziarna przyszłych rzeczy. Tytan nie słał promieni światu, Febe – rosnąc świetlistych rogów nie odnawiała, ziemia w otaczającym powietrzu jeszcze nie zawisła w równowadze ciężaru. Amfitryta nie objęła lądu w ramiona brzegów. Ziemia, morze, powietrze stanowiły jedno. Ale ziemia była niestała, woda nieżeglowna, powietrze bez blasku. Nic nie miało kształtu, wszystko walczyło z wszystkim, w jednym ciele zimno szło w zapasy z żarem, suchość z wilgocią, miękkość z twardością a lekkość z ciężarem.
Owidiusz, Metamorfozy (tłum. Anna Kamieńska)
REGINA
Naprawdę nie jest pani przesądna? Nie wierzy pani
w tajemne siły tkwiące w człowieku?
PANNA MERTENS
Właściwie jak pani to sobie wyobraża?
REGINA
Nijak. Jako dziecko, i później jako dziewczynka,
miałam głos, który jak tylko powiedziałam coś głośniej,
brzmiał okropnie, ale byłam przekonana, że pewnego dnia
zaskoczę wszystkich cudownym śpiewem.
PANNA MERTENS
I została pani obdarzona takim głosem?
REGINA
Nie.
PANNA MERTENS
A więc?
REGINA
Nie wiem, co mam pani powiedzieć.
Czy nigdy nie doświadczyła pani niewyjaśnionego poczucia
samej siebie? Tak tajemniczego, że jest się zmuszonym zdjąć buty
i żeglować przez pokoje niczym chmura?
Robert Musil, Marzyciele
Jawa – pogromczyni snów
zmusza do otwarcia oczu
na pustkę bardziej wymowną od tysiąca słów
Urszula Kozioł, Znikopis
Natomiast trudno oprzeć się językowi i jego obietnicom: że znaczy, że potrafi transferować znaczenia, a może przede wszystkim, że objaśnia – uchyla zasłonę, za którą kryje się prawdziwa, naprawdę i rzeczywiście prawdziwa rzeczywistość. Upierać się, że to wszystko nieprawda byłoby, jak upierać się, że przedmioty i ich namacalne powierzchnie tak naprawdę nie istnieją, bo materia w wymiarze elementarnym jest pusta. Że na przykład okno na dziesiątym piętrze i betonowy chodnik pod nim to czysta iluzja. Upór ten byłby równie uczciwy, co straceńczy. To jeden z jaskrawszych przykładów na to, że uczciwość traktowana jako absolut i niebosiężny szczyt życiowych aspiracji wymaga prostolinijności graniczącej z głupotą. Godzę się więc na ten paradoks – że choć ani zrozumienie, ani porozumienie nie są w gruncie rzeczy możliwe, to język znaczy i komunikuje, tak jak szklanka stoi na stole. Mimo świadomości, że i stół i szklanka istnieją tylko na mocy swego rodzaju umowy, piję z tej szklanki, starając się nie dać po sobie znać, że w nią nie wierzę. A co mogę spróbować pojąć i powiedzieć – co mi się poprzez ułudę języka objawia?
Na przykład przekonanie, że rzeczywistość układa się hierarchicznie. Komplikuje się stopniowo tworząc coraz to bardziej złożone układy elementów. A może wcale się nie zmienia, tylko jej kolejne stopnie złożoności ukazują się nie ustającemu w dociekaniach umysłowi. Kto to wie, chyba nie ma sposobu, żebym sam będąc częścią tej układanki mógł to rozstrzygnąć. Tak czy inaczej, może się wydawać, że rozwojowa hierarchia dotyczy właściwie dowolnego aspektu świata: przestrzeni, czasu, energii-materii nieożywionej i organicznej, potem życia i tak dalej a w końcu również tak zwanej kultury. Wreszcie sam język kiełkuje razem z życiem a zakwita w kulturze i również podlega zasadzie hierarchicznej. Jego konkretna odsłona pojawia się, kiedy w jakimś miejscu i czasie zaistnieją odpowiednie warunki do artykułowania słów. A w ścisłym sprzężeniu z postępującym niuansowaniem się rozwijającej się lokalnie zdolności do percepcji i ekspresji, słowa namnażają się, obumierają i na różne sposoby fluktuują oraz tworzą coraz liczniejsze konstelacje, a w końcu, z pojawieniem się społeczeństw, rodzą wyższe formy organizacji: znak, symbol, metaforę, narrację, oraz ukoronowanie tego procesu, dramat.
Żeby uzasadnić ten ciąg, a zwłaszcza owo być może zaskakujące zwieńczenie, warto pochylić się niżej nad jego etapami. Najpierw długo nic nie ma znaczenia. A potem pojawiają się procesy i sposoby organizacji celowe, do czegoś dążące, dla których te cele zaczynają wiązać się z proto-znaczeniami. Znaczenie staje się mechanizmem dążności do celu i w ten sposób powoli i bardzo długo się rozwija. Aż w końcu z półmroku mniej i bardziej rozwiniętych znaczeń wyłania się symbol, jak życie z praoceanu. Czyli nie wiadomo jak. Można z grubsza wyobrazić sobie jak organizmy wodne (powstawszy jakimś cudem w głębinach) wypuszczają się na lądowe wycieczki, najpierw ostrożnie a z czasem coraz śmielej, aż w końcu zapominają, że kiedyś żyły w wodzie. Można odgadywać który organ nieodzowny do życia w środowisku płynnym, poprzez zachodzące zmiany pewnych jego funkcji i cech przeobraża się stopniowo w organ umożliwiający życie w atmosferze gazowej. Ale detale pozostają i raczej pozostaną tajemnicą. Nasze narzędzia percepcji i dedukcji mają zbyt małą rozdzielczość, żeby w pełni pojąć ten jakościowy przeskok w odniesieniu do wszystkich poszczególnych ogniw tego procesu (ja w każdym razie nie potrafię wyobrazić sobie stadium pośredniego – ćwierć-ryby co ani dusi się na brzegu, ani tonie w wodzie, ani tym bardziej odwrotnie, że tu i tam ginie, ale mimo to ma potomków). Niemniej ewidentnie przeskok ten zaszedł. Tak w przypadku płazów, jak i symboli. Jakimś sposobem znak – celowe wskazanie na coś i zakodowanie tego czegoś cech w sposób pozwalający na kompresję i celowy transfer danych (co samo w sobie jest zdumiewającym osiągnięciem) – przerodził się w sposób kodowania polegający nie tyle na kompresji, ile właściwie przeciwnie, pomnażaniu danych, zagęszczaniu ich, przydawaniu im głębi a jednocześnie pozwalający na coś więcej, niż transfer – translację między nawet najbardziej odległymi dziedzinami. Informacja dzięki symbolowi staje się treścią, która podlega tłumaczeniu i pozwala się kształtować na dalsze sposoby o postępującym stopniu wyrafinowania: poprzez metaforę i narrację.
Jeśli znak wskazuje i pozwala na transfer, a symbol zagęszcza znaczenie i umożliwia translację, to metafora ustanawia konkretne formy przenoszenia napięcia pomiędzy różnymi porządkami, a narracja tworzy z tych form strukturę czasową – nadaje im sens w czasie. Jeśli znak to pierwsza iskra życia w materii a symbol to wyjście życia z praoceanu, to metaforę stanowi mechanizm ciągłości i analogii międzygatunkowej (sprawiający na przykład, że mamy tu wszyscy, stworzenia ziemskie, budowę komórkową, morfologię symetryczno-segmentową czy, z grubsza, spolaryzowaną płeć, a słowa artykułujemy w oparciu o akustyczne właściwości cieczy i/lub gazów), zaś narracja jest siłą spajającą jedno i drugie w procesie ewolucji. Albo jeszcze inaczej i najszerzej: we wszystkim, w całej dającej się pomyśleć rzeczywistości, we wszystkich jej przejawach oraz w różnych stopniach zorganizowania i złożoności ujawnia się podstawowy potencjał podobieństwa i różnicy, a wszelki ruch będący wynikiem napięcia między punktami tego potencjału realizuje się poprzez rozpoznanie (nadawanie i odczytywanie znaczeń), przeniesienie (transfer i translacja znaczeń), po czym konflikt i rozróżnienie (jako dynamika zmiany) lub uwspólnienie (jako dynamika stabilności). Tak to musiało (mówię sobie) wyglądać od początku świata, który znamy, sądząc przynajmniej z tych nie aż tak wielu rzeczy, które udało nam się dotąd ustalić i potwierdzić: na początku czasu wszystko było tak gęste i skondensowane, że w zasadzie stanowiło jedność, która jednak okazała się niestabilna, więc się rozeszła i zróżnicowała, a odtąd różne jej niezliczone części wchodzą ze sobą w interakcje i jeśli są podobne (echo pierwotnej jedności) to mają się ku sobie, a jeśli nie są (echo pierwotnej niestabilności), to się ku sobie nie mają. I we wszystkim te echa pobrzmiewają, donośniej lub ciszej. Od mechaniki i dynamiki po moralność i estetykę. I tak to się toczy.
A co z dramatem? Widzę (słyszę) to tak, że świat (jednak) na początku milczał. Nie było słowa, tylko była wielka cisza a w niej budowa sceny i widowni. Słowo wisiało, że tak powiem, w powietrzu. Aż w końcu mogło zaistnieć i wybrzmieć oraz zostać usłyszane, i wtedy się zaczęło. Słowo wyłoniło się z ciszy jako jej rewers – labilny punkt wychylenia, niepewny siebie i mający zawsze tendencję do opadnięcia z powrotem w niebyt. Ale z czasem zyskało pęd i samodzielność oraz różnorodność. A dzięki temu zdolność do tworzenia zbiorów, konstelacji i tak dalej, o czym już było. Zaś dramat jest realizującą się poprzez słowo konkretyzacją owego podstawowego napędzającego świat mechanizmu – napięcia wynikającego z antagonizmów zachodzących między tego świata elementami. Cisza z całym jej generatywnym potencjałem oraz słowo z jego niemożliwą do spełnienia obietnicą porozumienia i wszystkimi pochodnymi (symbol, metafora i narracja) spotykają się w dramacie, stają się ciałem, ożywają w postaciach, zyskują formę zamkniętą w czasie. Cisza i słowo mają wspólny kres (w sensie telos) i jest nim dramat. Rzeczywistość przegląda się w dramacie jak w lustrze.
Wrzucę tu na koniec, pod rozwagę, kilka ciągów, które jakkolwiek mogą być dyskusyjne, to coś (mi) w całym powyższym kontekście pokazują i tłumaczą.
Wielość→Suma→Całka
Powłoka→Błona→Skóra
Nakaz→Norma→Prawo
Rytuał→Mit→Tragedia
Rana→Ofiara→Msza
Anegdota→Baśń→Powieść
Pytanie→Dysputa→Akademia
Gest→Taniec→Balet
Lament→Pieśń→Opera
Niektóre z map, do których zaglądałem
ed: Antonio Cimino, Cees Leijenhorst, Phenomenology and Experience
Mary Douglas, Symbole naturalne
Jan Faye, The Biological and Social Dimensions of Human Knowledge
Gérard Genette, Narrative Discours
Raymond W. Gibbs, Intentions in the Experience of Meaning
Zoltán Kövecses, Where Metaphors Come From
George Lakoff, Mark Johnson, Metafory w naszym życiu
Arthur O. Lovejoy, Wielki łańcuch bytu
Humberto R. Maturana, Francisco J. Varela, The Tree of Knowledge