Słowa są same w sobie definicjami zawiniętymi w spirale.

Anna Kamieńska, Notatnik, 1976

 

Myślałem długo, że muzyka znaczy. Oraz że takie twierdzenie nie tylko odnosi się do szczególnej cechy, jaką muzyka posiada, ale że wręcz wyjaśnia jej sens i cel – jej funkcję. Próbowałem zrozumieć, sam sobie wyjaśnić i zaprząc w proces pisania mechanizmy tego muzycznego znaczenia i funkcjonowania, trochę myślałem, trochę czytałem, trochę intencjonalnie słuchałem, usiłując obserwować zachodzące we mnie samym procesy. Nie wynikło z tego wszystkiego wiele, na pewno o wiele mniej, niż szacowałem inwestując czas, choć przesadziłbym, mówiąc, że nic. Miewałem w różnych momentach różne intuicje i zwroty w stronę różnych przekonań. Miewałem też różne doświadczenia stwarzające wrażenie bycia na tropie czegoś istotnego, dającego się nazwać i usystematyzować. Poznałem stanowiska reprezentujące, wydawałoby się, ważne wglądy. Znalazłem próby syntezy i zetknąłem się też z autorami, którzy wydawali się pozbawieni ambicji integracji, czy w ogóle poznawania stanowisk innych niż własne, a owe własne głosili tonem objawiania prawd ostatecznych. Wiele z tych objawień okazywało się wzajemnie sprzeczne, żadne z nich nie było się szczególnie bardziej przekonujące od innych, więc zacząłem w końcu tracić nadzieję, że dojdę do jakichkolwiek wniosków.

 

W którymś momencie jednak, nie tak dawno temu, zdałem sobie sprawę, że wysiłki przynoszą jakiś efekt – że zaczynam rozumieć coś z tego wszystkiego, choć wcale nie to, jak muzyka znaczy, tylko raczej parę rzeczy wokół tej wyjściowej i jak się powoli okazywało wątpliwej hipotezy. Przede wszystkim zacząłem dochodzić do wniosków, które dotąd usiłowałem tu podsumować. Czyli, jeszcze raz w możliwie największym skrócie: że rzeczywistość jest zakryta i nie jest tożsama ze światem. Że działanie w świecie jest możliwe przez rozróżnianie, które z kolei polega na nadawaniu i odczytywaniu znaczeń. Oraz że działający (rozróżniający) w świecie rozum może odnieść wrażenie, że poprzez znaczenie uzyskuje dostęp do rzeczywistości. Ale chyba najważniejsze, co pojąłem w kwestii muzyki, jest to, że popularne twierdzenie, iż muzyka jest językiem – przez wielu uznawane wręcz za aksjomat – nie stanowi definicji, lecz metaforę, która wyjaśnia znacznie mniej, niż zdaje się obiecywać. Zwłaszcza w swej bodaj najpowszechniejszej postaci: określając muzykę jako język emocji. Długo tkwiłem w wierze, że to prawda fundamentalna. Erozja następowała opornie i powoli. W dużej mierze także podświadomie – dla mnie samego niepostrzeżenie. Ale któregoś dnia obudziłem się już bez tej wiary, za to z przekonaniem, że równie wiele wyjaśniałyby zdania, że na przykład matematyka jest tkanką liczb lub biologia tańcem tkanek. Czyli w gruncie rzeczy prawie nic. Nie jest tak, że znaczenie i muzyka, jak i emocje (i wiele innych rzeczy) pozostają bez związku. Ale sądzę, że ich związki realizują się inaczej, niż się zazwyczaj sądzi, a w każdym razie na pewno inaczej, niż mnie się zdawało. 

 

Zanim powiem cokolwiek więcej, chciałbym wszystko to, co zamierzam powiedzieć wstawić w wielki nawias, a przed tym nawiasem postawić jeszcze większe: „jak gdyby”. Jak już wspominałem, wątpię w możliwość powiedzenia czegokolwiek definitywnie. No więc, pomyślałem, że bardzo wiele z elementów objawiającego mi się świata ma charakter pola. Oraz, że można by to pole zdefiniować jako zbiór określonych stanów jakiejś, powiedzmy, substancji wraz z dynamiką możliwych relacji i oddziaływań (rezonansu) między tymi stanami. Można by też powiedzieć, że najbardziej podstawową substancją różnych pól jest coś, do opisu czego najpełniej pasuje mi pojęcie energii. Oraz, że wzajemnym wpływom ulegać mogą nie tylko elementy-stany danego pola, ale też różnych pół, jak i same pola, generując nowe jakości i nowe pola. A zdolność do wchodzenia w rezonans zależy od jakiejś cechy czy jakości, którą te stany i pola posiadają w różnym stopniu – jedne bardziej, inne mniej, przy czym trudno oprzeć się wrażeniu, że te, które posiadają ją bardziej, są w jakimś sensie lepsze. Gdyby chcieć stworzyć uniwersalną ontologię, można by jeszcze dodać, że właściwie dowolny element świata uznać można za tego rodzaju pole. Obiekty fizyczne, organizmy, społeczeństwa, idee, emocje, matematyczne prawa, dziedziny i dzieła sztuki i tak dalej. A całość rzeczy traktować jak wielki bulion. Ale nie ufam uniwersalnym ontologiom. Po prostu bawię się foremkami w piaskownicy. Wracając więc do muzyki, ona również byłaby w tym obrazku polem, a jej tworzenie operowaniem stanami tego pola, w poszukiwaniu najlepiej rezonujących form. Muzykowanie jest organizowaniem materii, które i która same w sobie nic nie znaczą ani niczego nie mówią. Znaczenie stanowi osobne pole, które z polem muzyki wchodzi w związek i generuje pole nowe, ani czysto muzyczne, ani czysto znaczeniowe, wytwarzając zupełnie nową jakość. Tak jak, powiedzmy, pola elektryczne i magnetyczne wspólnie tworzą światło. Rezultatem jest wrażenie znaczenia muzycznej materii oraz (z jakiegoś powodu rzadziej) odwrotnie: muzyczności znaczeń. Ale sama muzyka nie znaczy, tylko umożliwia tworzenie konstelacji stanów mogących dobrze rezonować i wchodzić w związki zarówno w ramach pola muzycznego, jak i z innymi polami i ich elementami, na przykład ze znaczeniem. Ale nie tylko, o czym jeszcze trochę później.

 

Niektóre z map, do których zaglądałem

Daniek K. L. Chua, Absolute Music and the Construction of Meaning

Deryck Cooke, The Language of Music

Carl Dahlhaus, The Idea of Absolute Music

Constantin Floros, Music as Message. An Introduction to Musical Semantics

Joan Grimalt, Mapping Musical Signification; Analysing Musical Signification

Robert S. Hatten, Interpreting Musical Gestures, Topics and Tropes

Lawrence Kramer, Musical Meaning. Towards a Critical History

Susan Langer, Feeling and Form

Leonard B. Meyer, Emotion and Meaning in Music

Aaron Ridley, The Philosophy of Music. Theme and Variations

Roger Scruton, Understanding Music

Richard Taruskin, The Danger of Music