Oddech
Akt pierwszy skończony. Nieco ponad godzinny, wydaje mi się, że dramaturgicznie spójny – wierzę, że muzycznie, ale mam na myśli przede wszystkim tekst. Autor, David Pountney jest mistrzem. Zazwyczaj teksty dramatyczne, z którymi pracowałem, pisali mistrzowie prozy, albo dramaturgii teatralnej, co rodziło często dynamikę eksperymentu – ich propozycje formułowane w oparciu o moje wskazówki i prośby oraz własne, niepoparte szerokim doświadczeniem wyobrażenia o operze, a następnie moje modyfikacje czynione na bieżąco, z myślą o bardzo konkretnych sytuacjach muzycznych i scenicznych oraz specyficzny zasób preferencji. Wydaje mi się, że powstało w ten sposób kilka dobrych, dość nieortodoksyjnych librett. David z kolei zna operę od podszewki. Jako librecista i dramaturg, a przede wszystkim jako reżyser z gigantycznym doświadczeniem. Z tekstu bije to doświadczenie i dogłębne zrozumienie gatunku. Jest adaptacją kilkusetstronowej powieści i zawiera wszystkie kluczowe postaci oraz wątki, a przy tym jest przestrzenny i „przewiewny” zostawiając miejsce muzyce oraz pamiętając, że muzyka tekst znacząco wydłuża – jest go, krótko mówiąc w sam raz dużo i jest w sam raz gęsty. Jednocześnie David pozostaje otwarty na moje, zbudowane przez wspomniane szczególne wcześniejsze doświadczenia sugestie i potrzeby. Nie upiera się przy niczym, ale tam, gdzie widzi niebezpieczeństwo odejścia od priorytetowej dramaturgicznej precyzji i spójności, taktownie i skutecznie perswaduje. Biegle czyta też nuty, co pozwala mu wychwytywać od razu wszelkie moje prozodyczne uchybienia. Krótko mówiąc mam wrażenie, że powstaje libretto gatunkowo bardziej tradycyjne, niż bywało, ale zarazem nadal nie ortodoksyjne. Rezonuję z nim w każdym razie silnie.
Przed końcem aktu trafiłem na jeszcze jedną trudną ścianę. Jedna ze scen zawiera oczywiste odniesienia gatunkowe – do muzyki o charakterze kwartetu barbershopowego, więc stanąłem przed decyzją o stopniu i sposobie nawiązania. Postanowiłem nawiązać całkiem wprost, co wrzuciło mnie na chwilę na wody obce, a w każdym razie dawno nie odwiedzane w postaci harmonii klasycznej z powiedzmy wczesnodwudziestowieczno-jazzowym twistem. Spędziłem dziesięć dni nad rodzajem zadania harmonicznego. Odżyły dawne koszmary, ale też refleksja, że warsztat kompozytora nie jest, albo przynajmniej nie musi być kompletnym zasobem narzędzi gotowych do starcia się z każdym napotkanym wyzwaniem, tylko raczej zestawem szuflad, do których narzędzia, pozyskiwane w razie konkretnej potrzeby (konkretnych utworów) można odkładać. Inaczej mówiąc, nieobcy zdaje się wielu twórcom kompleks nieposiadania pełnych kompetencji jest zbędny oraz (jak większość kompleksów) szkodliwy – kompetencje szlifują się w bieżącej potrzebie składając się na warsztat coraz bogatszy, a jednocześnie indywidualny. Próba skompletowania wszystkich narzędzi zawczasu to twórcze samobójstwo. Należy jak najszybciej, najlepiej od samego początku, mając w ręce tylko kijek a o młotku tylko marząc, rzucić się na pisanie prawdziwego utworu i z pełną odpowiedzialnością ponosić nieuniknione porażki i upokorzenia, zanim faktycznie uda się ten pierwszy prawdziwy, jakkolwiek ciągle niewydarzony utwór napisać. A potem natychmiast rzucić się na utwory kolejne, o warsztacie nie myśląc wiele albo wcale.
Pisząc czytam Kamieńską. Zdumiewająca i jakoś mi bliska, oraz bliska treści powstającego utworu relacja z żałoby i nawrócenia. W „Notatniku”, w „Twarzach księgi” (nomen bardzo omen), rzadziej, choć też w wierszach. Bratnia dusza, jeśli mi wolno tak powiedzieć.
Zbliżając się do końca aktu, pisząc, jak to bywa w zaawansowanych fazach, od bardzo wczesnego rana do nie tak wczesnego popołudnia z krótkimi tylko przerwami, czułem potrzebę oddechu i odpoczynku. Skończywszy akt wczoraj, dziś na myśl o jakiejkolwiek przerwie czuję rosnącą nerwowość. Więc raczej zaraz ruszam dalej. Może tylko się zdrzemnę.