Wydawało mi się od dawna, od kiedy pamiętam, że pierwsze spotkanie jest tuż za rogiem. Byłem pewien, że jest nieuniknione, musi nastąpić i raczej prędzej, niż później. Brałem pod uwagę, że mogło już się wydarzyć, w bliższej lub dalszej przeszłości, ale wątpiłem w to poważnie. Sądziłem też, że to spotkanie wszystko zmieni. Naprawi. Wyprostuje i ustawi odpowiednio perspektywę. Wierzyłem, że dzięki niemu ujawni się wreszcie sens i zapanują spokój oraz porządek. Jeśli nie na zawsze, to na długi czas. Czekałem na to spotkanie. Wypatrywałem zwiastunów. Cieszyłem się na nie i miałem wielką ochotę dzielić się tą ekscytacją. Po kilku raczej nieudanych próbach, wobec braku zrozumienia, powstrzymałem się od głoszenia nowiny i czekałem. Czekam. W nasilone ostatnio doniesienia o spotkaniach, które jakoby nastąpiły jakoś nie mogę uwierzyć.

 

Scena pierwszego spotkania Petera z Oazjanami zajęła mi więcej czasu i wymagała więcej wysiłku, niż przewidywałem i chyba niż którakolwiek scena dotąd napisana. Była jak gładka, pionowa ściana, tu i ówdzie oblodzona. A ja tkwiłem w niej przez długie godziny wypatrując drogi i nie mogąc ruszyć z miejsca. Pogoda też była zmienna. Od skwaru po gradowe burze. Nie wiedziałem jak mają brzmieć Oazjanie; potrzebowałem wyobrazić sobie, co zdarza mi się rzadko, jak będą wyglądali; nie wiedziałem jak wpisać w wymianę zdań niezręczną ciszę i nieodgadnione, wzajemnie nieprzejrzyste (dla Petera, jego nowej koleżanki Grainger oraz przedstawiciela Oazjan) intencje i emocje. No ale, jak zawsze, krok po kroku (wyjątkowo tym razem małych), pokonałem i tę ścianę. Ulżyło mi, choć do szczytu jeszcze kawał drogi i kto wie jakie inne ściany.

 

Swoją drogą sądzę, że opera, równolegle do literatury i filmu, pokonuje drogę w głąb niuansu. Taka mnie w każdym razie interesuje.