Inne światy
Jednym z tematów, które mnie nie opuszczają, często od wczesnego dzieciństwa, są wycieczki do innych światów. Wyobrażałem sobie inne planety, przygotowania do wylotu i podróż do nich, nowe krajobrazy, uczucia towarzyszące oglądaniu obcych nieboskłonów, innych słońc i księżyców, spoglądania na Ziemię z bardzo daleka i tak dalej. Ekscytowało mnie to, a jednocześnie napełniało głębokim spokojem przemieszanym z bezdennym smutkiem. Miałem wrażenie patrzenia w nieuniknioną przyszłość połączonego z wielkim żalem za wszystkim, co na drodze do tej przyszłości musi zniknąć.
Nie tyle wierzę, ile obserwuję, że powracające tematy układają się dla każdego (kto pozwala im powracać i stopniowo odsłaniać się coraz bardziej) w rodzaj mapy i zestawu drogowskazów. Do czego? Kto wie, może do własnego przeznaczenia i sensu bycia. Trudno w to uwierzyć, ale jeszcze trudniej nie wierzyć w nic. No więc wierzę ostrożnie – nie kwestionuję zanadto, tylko nasłuchuję i wypatruję, a kiedy dosłyszę lub dojrzę to podążam.
Natomiast nie jestem, ani nigdy nie byłem wielkim fanem science-fiction. Nie zaczytywałem się Lemem, ani Danikenem, Star Trek, Gwiezdne wojny, a zwłaszcza Diuna mnie nudzą. Jeśli już, to przemawiają do mnie Douglas Adams i Vonnegut, ale chyba nie z powodu wycieczek do innych światów. Innoświatowość trafia do mnie najsilniej jako przejaw prawdy, że sami jesteśmy obcy w obcej rzeczywistości a każde spotkanie z drugim organizmem jest spotkaniem z kosmitą.
Mniej więcej dziesięć lat temu trafiłem na Michela Fabera. Zdumiało mnie i przeraziło Pod skórą (zarówno jako powieść, jak i film Jonathana Glazera), zachwycił Szkarłatny płatek i biały; powieść ostatnią, Księgę dziwnych nowych rzeczy – międzygalaktyczny rozpad małżeństwa połączony z historią misji chrześcijańskiej u obcej cywilizacji – widzę od początku jako operę. I do realizacji tej opery od tych dziesięciu lat dążę. Na różne sposoby – nakłaniając (bezskutecznie) Fabera do napisania libretta, rozmawiając z paroma osobami o tych planach, co jakiś czas otrzymując sygnał, że teraz będzie to możliwe, po czym jednak, jak dotąd, zawsze następowało odwołanie planu. Ale jestem cierpliwy oraz przekonany, że w końcu się uda. Może ten wyjątkowo długi czas, nawet jak na nierzadko wyboistą logistykę dużych przedsięwzięć operowych, sprzyja dojrzewaniu tematu. Mam wrażenie, że przez te dziesięć lat opera ułożyła się w mojej głowie. Do niedawna bez konkretnego libretta, bez żadnych konkretów właściwie, ale jednak wyraźnie, jako cały inny świat, do którego teraz mogę zaglądać i go przywoływać przed oczami i uszami. Krystalizuje się wokół tekstu, który też ostatnio powstał – napisał go David Pountney – a ja go rozkładam, składam na powrót, zadaję pytania – sam sobie i autorowi – o sensy, o detale i tak dalej, i układam partyturę, chociaż nadal nie mam całkowitej pewności co z nią będzie. Trudno. Nie pierwszy raz piszę nie mając pewności. Pewność jest rzadkim luksusem w tym świecie, i w innych pewnie tez.
No więc znowu – ona i on i ktoś jeszcze. I seria bliskich spotkań oraz nieporozumień. Pod obcym niebem.